Widmo

To, co filozof pracowicie usiłuje wyłożyć w abstrakcyjnych i często zawiłych kategoriach, mistyk po prostu widzi. Od czasu do czasu opisuje on swoje doświadczenie przygodności rzeczy stworzonych, powiadając, że świat jest złudzeniem. Tak bez ogródek wyrażona, myśl ta jest, rzecz jasna, nie do przyjęcia dla wiary judaistycznej, chrześcijańskiej czy islamskiej, każda z nich bowiem nieodmiennie głosi realność wszystkiego, co Bóg powołał do istnienia (w przeciwnym razie sam Jezus byłby tylko widmem), jest natomiast tradycyjnie zadomowiona w spuściźnie buddyjskiej i hinduistycznej.

To, co teraźniejsze, przy bliższym badaniu kurczy się do nieuchwytnego punktu, który z definicji znika, gdy tylko próbujemy go schwytać. Tym samym wszystko, co jest „w” czasie, nigdy nie „jest”; można mówić o tym jako o czymś, co było albo będzie, lecz powiedzenia takie mają sens tylko wtedy, gdy zakłada się podmiot postrzegający. Rzeczy, które nie mają pamięci, zawdzięczają swoją ciągłą tożsamość tylko naszym umysłom, w sobie natomiast nie mają przeszłości ani przyszłości, a więc żadnej zgoła tożsamości.

To my obdarzamy trwaniem świat rzeczy podlegających zniszczeniu, i w ten sposób utrzymujemy go w istnieniu; lecz w tym samym akcie umysłowego tworzenia świata zdajemy sobie sprawę z braku tożsamości własnej, jeśli ma ona być czymś więcej niż treścią osobniczej pamięci. To zaś tyle znaczy, że cokolwiek jest, jest bezczasowe. Tak to powracamy do wielkich inicjatorów europejskiej metafizyki, Parmenidesa i Heraklita, którzy z dwóch przeciwnych stron wprawili w ruch tę zawrotną karuzelę pojęć: tego, co się zmienia, nie ma; co jest, jest poza czasem; jeśli nie ma niczego poza czasem, to nic nie istnieje.

Leszek Kołakowski – Jeżeli Boga nie ma

Przyjaciele

Nasze życie też można ująć jako niepotrzebny epizod, zakłócający błogi spokój nicości. W każdym razie nawet ten, komu powiodło się znośnie, poznaje w miarę życia coraz wyraźniej, że w całości wzięte życie jest „rozczarowaniem, zaprzeczeniem, oszustwem” lub mówiąc dobitnie, że nosi ono piętno wielkiej mistyfikacji, by nie rzec: szalbierstwa.

Kiedy dwaj przyjaciele młodości spotykają się po długiej rozłące jako starcy, wówczas dominującym uczuciem, jakie wywołuje w nich wzajemny widok przyjaciela, z którym wiąże się wspomnienie młodości, jest uczucie całkowitego rozczarowania całym życiem, które niegdyś, w różowej jutrzence młodości tak pięknie się przed nimi rozpościerało, tak wiele obiecywało, tak mało zaś dotrzymało. Uczucie to do tego stopnia wybija się na pierwszy plan podczas ich spotkania, że nie czują nawet potrzeby wyrażania go słowami, lecz przyjmują je obaj za cichą przesłankę i toczą na tej bazie dalszą rozmowę.

Kto przeżył dwa lub zgoła trzy pokolenia, temu tak jest na duszy, jak widzowi, który przypatrując się różnym popisom kuglarzy w jarmarcznych budach pozostaje na miejscu i ogląda ten numer dwa lub trzy razy po kolei; sztuczka była, mianowicie, obliczona tylko na widowisko jednorazowe i dlatego nie robi już wrażenia, skoro złudzenie i nowość prysły.

Artur Schopenhauer – Świat jako wola i przedstawienie t.2

Niebezpieczeństwo solipsyzmu

To ciekawe, iż realistów nigdy naprawdę nie niepokoił problem istnienia innych ludzi. W tej mierze, w jakiej realista przyjmuje „wszystko” jako „dane”, niewątpliwie wydaje mu się, iż inny również jest dany. Faktycznie, cóż bardziej rzeczywistego w obrębie rzeczywistości niż właśnie inny? To po prostu substancja myśląca o tej samej istocie, co ja.

Jednak o ile realizm usiłuje zdać sprawę z poznania, które się uzyskuje dzięki oddziaływaniu świata na substancję myślącą, o tyle nie troszczy się wcale o ustalenie bezpośrednich i wzajemnych oddziaływań, zachodzących między substancjami myślącymi. W tym ujęciu, komunikują się one ze sobą wyłącznie za pośrednictwem świata. Dusza innego jest zatem oddzielona od mojej całą tą odległością, która najpierw oddziela moją duszę od mojego ciała, następnie oddziela moje ciało od ciała innego, a w końcu oddziela ciało innego od jego duszy. Relacja między moim ciałem a ciałem innego ma czysto zewnętrzny i obojętny charakter.

Jeśli dusze są oddzielone przez swoje ciała, to są one od siebie różne, tak jak kałamarz jest różny od książki, a zatem nie można pomyśleć żadnego ich bezpośredniego uobecnienia dla siebie nawzajem. Dusza innego jest raczej jakąś nieobecnością, jakimś znaczeniem, a ciało tylko odsyła do niej, lecz jej nie ukazuje. Jednym słowem, w filozofii opierającej się na bezpośredniej intuicji rzeczywistości, nie ma żadnej intuicji duszy innego.

Co za tym idzie, odkąd inny nie może oddziaływać swoim bytem na mój byt, może mi się on ukazać na jeden tylko sposób, to znaczy może jawić mojemu poznaniu jako przedmiot. Jednak należy to rozumieć tak, iż muszę konstytuować innego jako pewną jedność, jako zespolenie, które spontaniczność narzuca wielości i różnorodności wrażeń, to ja konstytuuję zatem innego w polu swojego doświadczenia. A zatem inny może być dla mnie jedynie obrazem.

Jedynie świadek, który i w stosunku do mnie, i w stosunku do innego byłby na zewnątrz, mógłby porównać obraz z modelem i rozstrzygnąć, czy obraz jest prawdziwy. Swoją drogą, aby być upoważnionym do takiej oceny, ów świadek sam nie powinien pozostawać w relacji zewnętrznej ani względem mnie, ani względem innego. W innym przypadku jednego i drugiego poznałby wyłącznie za pośrednictwem obrazów.

Właśnie taki sens skrywa teologiczne pojęcie stwarzania: Bóg jest, a zarazem nie jest mną samym i innym ponieważ nas stwarza. Faktycznie, powinien być mną, aby bezpośrednio i z apodyktyczną oczywistością uchwycić moją rzeczywistość; ale też powininien nie być mną, aby zachować właściwią sobie bezstronność świadka, i aby móc być i zarazem nie być innym. Obraz stwarzania jest tu najbardziej adekwatny, ponieważ w akcie stwórczym do samej głębi widzę to, co stwarzam: stwarzam zaś samego siebie.

A zatem założenie narzucające przestrzenność nie zostawia nam wyboru: trzeba odwołać się do Boga albo popaść w probabilizm, który uchyla drzwi solipsyzmowi.

Jean-Paul Sartre – Byt i nicość