Forma zjawisk

Przede wszystkim, żeby zapobiec błędnemu rozumieniu naszego poglądu, trzeba będzie tak wyraźnie, jak to tylko możliwe, wypowiedzieć się co do tego, jakie jest nasze zdanie o podstawowej właściwości poznania zmysłowego w ogóle.

Chcieliśmy więc powiedzieć, że wszelkie nasze oglądanie nie jest niczym innym jak przedstawianiem sobie pewnego zjawiska; że ani rzeczy, które oglądamy, nie są same w sobie takie, jak nam się przejawiają; i że gdybyśmy usunęli nasz podmiot lub choćby tylko podmiotową właściwość zmysłów, to znikłyby wszelkie te własności, wszelkie stosunki między przedmiotami, w przestrzeni i czasie, a nawet sama przestrzeń i czas, gdyż zjawiska nie mogą istnieć same w sobie, lecz tylko w nas.

Jakby zaś rzecz się miała z przedmiotami samymi w sobie i niezależnie od wszelkiej tego rodzaju odbiorczości naszej zmysłowości, to pozostaje dla nas czymś zupełnie nieznanym. Prócz naszego sposobu ich spostrzegania, nam właściwego, który nie musi koniecznie przysługiwać każdej istocie, choć musi przysługiwać każdemu człowiekowi, niczego więcej nie znamy. Tylko z tym sposobem mamy do czynienia.

Uposażenia rzeczy samych w sobie nie poznajemy więc za pomocą zmysłowości nie tylko niewyraźnie, lecz w ogóle go nie poznajemy. A skoro tylko usuniemy nasze uposażenie podmiotowe, nie możemy nigdy napotkać przedmiotu przedstawionego wraz z własnościami, jakie mu przypisała zmysłowa naoczność, ponieważ to właśnie podmiotowe uposażenie określa jego formę jako zjawiska.

Immanuel Kant – Krytyka czystego rozumu

Szczerość myśli

Co zyskałem na tym, że przynajmniej w myślach chciałem pozostać szczery? I jak właściwie rozumieć szczerość myśli? Nie jest to także tylko próżność, pycha i złudzenie? Który człowiek – zwierzę w swej istocie – dba o takie bezkrwawe abstrakcje, gdy leży syty na ciepłym posłaniu, z ukochaną osobą u swego boku, która koi smutki, przekształcając istnienie z pierwotnej pustki w triumf wieczny braterstwa i miłości? Na co zostaliśmy w ogóle stworzeni, jeśli agonia samotności może stać się naszym losem? Jakże marny był młodzieńczy agnostycyzm, choć beznadziejne okazały się wszelkie próby, by obalić jego sceptycyzm. Nie mogłem już powiedzieć, próbowałem naokrągło: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie”. To była słabość i pragnienie powrotu do ciepłego, opiekuńczego łona.

Skosztowałem owocu z drzewa poznania i gdy teraz tak namiętnie zapragnąłem zatopić się z powrotem w jakiejś formie zwierzęcej wiary, nie mogłem zrobić nic. Myśli nie pozwalały na nic, wyostrzały i wzmacniały jedynie poczucie bezsilności, beznadziei i wyobcowania. Rzeczy, nawet skały, morza, i ja byliśmy tą samą ślepą, nieczułą katergorą niebytu, śmierci wiecznej, tym bardziej bolesną dla nas przez swą ulotną lekkość.

Jeśli jednak istnienie jest tylko złudzeniem, to może żadna inna rzeczywistość nie jest prawdziwsza, niż być się wydaje: jej wartość leży w tym właśnie złudzeniu. Bo gdzie indziej mogłaby być? W świecie zewnętrznym, którego świadomość jest z konieczności częścią naszych ograniczneń? Nie było jasnej odpowiedzi. Złapałem się w odwieczną, solipsystyczną sieć. Nie mogłem się z niej wydostać tak długo, jak gorzka wiedza o tym, iż jestem świadom, ten ciężar świadomości, nie dawał się usunąć.

Harold E. Stearns – Ulica, którą znam

Zabawa w chowanego

Oto przypowieść, alegoria, która pochodzi z Indii, z Upaniszad i ma już kilka tysięcy lat. W symboliczny sposób udziela ona odpowiedzi na podstawowe pytanie dla wszystkich religii i filozofii (kim jestem i czym to jest?), a czyni to w sposób przystępny dla każdego.

Na początku świata był tylko Brahma. Ponieważ był on wszystkim, co w ogóle istniało, a przez to w pełni znał siebie samego, Brahma wnet zdał sobie sprawę, że ta pełnia świadomości staje się w końcu bardzo nudna… gdy wiesz wszystko, co można wiedzieć, to nie ma zaskoczenia i nic nie może cię już zainteresować. To jak czytanie tej samej książki siedemdziesiąt osiem milionów razy. W każdym razie, ponieważ był on wszechmocny, wszechwiedzący oraz  wszechobecny, Brahma postanowił stworzyć przeciwwagę dla siebie samego, aby w ten sposób wprowadzić element zaskoczenia, intrygi i dramaturgii dla swej własnej egzystencji. Pomyślał:

Co by było, gdyby zapomnieć, kim naprawdę jestem?

Wymyślił więc kosmiczną zabawę w chowanego. Zgodnie z zasadami tej gry, Brahma udał, że wydzielił części siebie samego z całości, tak że wszelkie byty stały się z pozoru odrębne. W tej części zabawy „schował się”. Następnie, jako niby odrębna świadomość w każdej z tych złudnie wydzielonych części – a poprzez ich pozornie niezależny, indywidualny punkt widzenia – „poszukaje” on sposobu by odkryć, kim naprawdę jest, czyli oczywiście – że jest wszystkim.

Wyobraź sobie, że widzisz siebie z nieskończonej ilości różnych perspektyw, z których każda jest początkowo nieświadoma jej związku z całą resztą. Wyobraź sobie, że chodzisz spać i śnisz inne życie każdej nocy, zawsze trwające mniej lub więcej lat, za każdym razem z pełnym zakresem i różnorodnością życia emocjonalnego oraz szczegółów śmierci. Wyobraź sobie, że masz ten sam sen, ale odgrywasz w nim inną rolę każdej nocy, widząc za każdym razem różnymi oczami. No więc zgadnij, kim są te pozornie oddzielne części? Ponieważ istnieje tylko jeden „Ja Jestem” we wszechświecie, jedna świadomość, to wszystko jest zabawą w chowanego i każdy z nas jest w takim samym stanie: Ja jestem Tym i Ty jesteś Tym.

Roger Stephens – Niebezpieczna książka

Māyā

Każda chwila istnieje dlatego tylko, że usunęłą poprzednią, swego ojca, by równie szybko sama zostać usunięta, podobnie jak przeszłość i przyszłość nie mają większego znaczenia niż dowolny sen, a teraźniejszość jest tylko nierozciągłą i nietrwałą granicą między nimi. W istocie stary to pogląd: Heraklit opłakiwał wieczny przepływ rzeczy; Platon zdeprecjonował w nim przedmiot jako coś, co wiecznie się staje, lecz nigdy nie jest; Spinoza mówił o akcydensach tylko jednej substancji, która sama jedynie istnieje i stale jest; Kant to, co tak poznane, przedstawił jako zjawisko jedynie rzeczy samej w sobie; wreszcie prastara mądrość hinduska powiada:

To Māyā, zasłona ułudy, która przesłania oczy śmiertelnikom i zmusza ich, by widzieli świat, o którym nie można rzec ani że jest, ani że go nie ma, bo jest jak sen, jak odblask słońca w piasku, w którym wędrowiec z daleka dostrzega wodę, albo jak rzucona lina, w której widzi węża.

W Wedach i Puranach porównania takie występują w niezliczonych miejscach. Wszyscy oni nic innego nie mieli na myśli i o niczym innym nie mówili.

Artur Schopenhauer – Świata jako przedstawienia pierwsze rozważanie

Nikt nie wierzy

Załóżmy, że mam pewne wrażenia wzrokowe i dotykowe, które wytwarzają w moim umyśle skojarzenia idei. Na przykład siedząc przy stole w moim gabinecie mam owo wrażenie wzrokowe, które nazywam widzeniem stołu, oraz wrażenie dotykowe, które nazywam dotykaniem czy czuciem stołu. Wywołane zostaje takie skojarzenie, że kiedy mam tego rodzaju wrażenie wzrokowe, obecne jest jako możliwość wrażenie dotykowe. I na odwrót, kiedy mam jedynie wrażenie dotykowe, jak wtedy, gdy pokój jest zupełnie ciemny, istnieje jako możliwość wrażenie wzrokowe. Ponadto, gdy opuszczam pokój, a później doń wchodzę, mam podobne wrażenia.

Stąd tworzy się w moim umyśle tego rodzaju skojarzenie, że kiedy jestem poza pokojem, jestem mocno przeświadczony, iż gdybym w dowolnej chwili ponownie wszedł, powinienem mieć czy mógłbym mieć podobne wrażenia. A dalej, ponieważ te możliwe wrażenia tworzą grupę, a nadto okazuje się, iż owa grupa występuje w rozmaitych stosunkach przyczynowych, nieuchronnie myślę o stałej możliwości wrażeń jako o trwałym przedmiocie fizycznym. Rzeczywiste wrazenia są przemijające i ulotne, ale możliwości wrażeń, połączone jako grupa, pozostają. Definicja materii jako stałej możliwości wrażeń jest jednak dwuznaczna, łatwo bowiem sugeruje ideę stałej podstawy możliwych wrażeń, podstawy, która sama jest niepoznawalna.

Co do nauki, staje się ona badaniem stosunków między moimi wrażeniami. Ale czy można w to uwierzyć, że jeśli anatom patrzy na mózg ludzki, przedmiotem jego badania jest po prostu zbiór jego własnych stanów subiektywnych, rzeczywistych i możliwych? Krótko mówiąc, logicznym wynikiem definiowania przedmiotów fizycznych w kategoriach wrażeń jest solipsyzm. A nikt naprawdę nie wierzy, że solipsyzm jest prawdziwy.

Frederick Copleston – Historia Filozofii, Tom VIII, Od Benthama do Russella

Pokój

Najpierw musimy zrozumieć, kto tworzy ten świat. Kto? Świat znaczy: czas, przestrzeń i karma [przyczyna i skutek]. Te trzy rzeczy razem tworzą świat. Gdzie jest świat? Co to jest świat? Kto tworzy czas, przestrzeń, przyczynę i skutek? Nikt tego nie rozumie, ale nazywamy to światem. Fizycy mówili, że czas, przestrzeń, przyczyna i skutek są absolutami. Teraz mówią, że są przedmiotowe; są twoją myślą. Jeśli twoja myśl o czasie i przestrzeni jest różna, wtedy przyczyna i skutek też będą różne.

Musisz zrozumieć esencję buddyzmu. Budda powiedział, że wszystkie rzeczy są tworzone przez samotny umysł. Ty tworzysz swój czas, swoją przestrzeń, swoją przyczynę i skutek. Jeśli nic nie robisz, wtedy nie ma czasu, nie ma przestrzeni, nie ma przyczyny ani skutku. Twój świat jest całkowicie skończony. Mój świat jest skończony. Ale każdy robi coś, więc jest tu wielka pomyłka i pokój na świecie nie jest możliwy.

Więc proszę każdego: przez jeden dzień nie rób nic. Wtedy przez jeden dzień będzie pokój na świecie. Znakomity mistrz powiedział: wielka droga nie jest trudna, nie rób tylko podziałów. Przed każdym stoją wybory, więc mamy problemy. Po co wybierać?

Istoty ludzkie nie mają znaczenia, powodu ani wyboru. Jeśli dokonujesz wyborów, robisz coś. Tworzysz powody, tworzysz problemy. Każdy to robi. Mówi takie rzeczy jak: lubię komunizm; lubię kapitalizm; lubię buddyzm; lubię katolicyzm, lubię to i tamto. Więc każdy ma problem i stąd jest walka.

Ale ty komplikujesz swój świat. Ja komplikuję mój świat. Dwa, trzy, wiele światów to wiele komplikacji. Ten świat jest bardzo wielki, więc jest tym bardziej skomplikowany. Ale jeśli dostrzegasz, że twój świat jest bardzo prosty i ja dostrzegam, że mój świat jest bardzo prosty, wtedy cały świat jest bardzo prosty. Nie ma problemu.

Czy pojmujesz świat dziecka? Pięciolatek idzie na targ i spostrzega inne dziecko. Najpierw patrzą na siebie. Nie znają wzajemnie swoich imion, ani nic o sobie nie wiedzą. Ale wkrótce podejdą do siebie i będą rozmawiać. Wszystkie dzieci tak robią. Ale kiedy dorosną pojawi się: Ja jestem. Potem Ty mnie naśladujesz!, Nie kocham ciebie. Nie jesteś w porządku!, Czemu nie? i wkrótce będą walczyć. To lubienie i nielubienie, które pojawia się, jest jak bomba atomowa. Gdyby każdy mógł zrobić tak, żeby jego wewnętrzne „to lubię” umysłu rozwiało się, to zewnętrzna bomba atomowa nie byłaby groźna. To lubienie—nielubienie umysłu jest wewnętrzną bombą atomową, to ono jest najgroźniejsze. Jeśli ta bomba atomowa rozpłynie się, jeśli każdy odnajdzie swoją ludzką naturę, wtedy pokój na świecie nie będzie problemem. Czy rozumiesz teraz?

Seung Sahn Nim – Buddyzm a pokój na świcie

Dubito ergo sum

W sobie samych znaleźć możemy obraz Boży, czyli obraz Trójcy najświętszej. Bo i my naprzód jesteśmy; i wiemy o tym, że jesteśmy; i mi­łujemy i to nasze istnienie i tę naszą świadomość. W tych zaś trzech rzeczach wzmiankowanych, nie dręczy nas żaden fałsz.

O tym, że jestem, że wiem o tym i lubię to, jestem najpewniejszy, bez żadnego złudnego wyobrażania sobie obrazów czy widziadeł. Co do tych prawd nie ma żadnej obawy wobec takich zarzutów Akademików, gdy pytają: a cóż będzie, jeśli się mylisz? Jeśli się mylę – to dowód, że jestem. Ten co nie istnieje, nie może się mylić, skoro się mylę, to właśnie dlatego istnieję. Jeśli tedy jestem, skoro się mylę, to jakże mogę się mylić w tym, że jestem, skoro pewnym jest, że istnieję, gdy się mylę. Ponieważ więc byłbym, gdybym się mylił, to choćbym się i mylił, to niewątpliwie nie mylę się w tym, iż wiem, że jestem. Stąd wynika, że i co do tej mojej świadomości, iż jestem, nie mylę się.

Św. Augustyn – Obraz Trójcy świętej w naturze człowieka. Państwo Boże XI, XXVI.

Chrześcijańskie tabu

Usiłownanie syna, by zająć miejsce boga ojca, stawało się coraz bardziej wyraźne. Wraz z wprowadzeniem uprawy roli wzrosło znaczenie syna w rodzinie patriarchalnej. Ośmielił się on dać nowy wyraz swemu kazirodczemu libido, które znalazło symboliczne zadowolenie w uprawie ziemi. Pojawiły się takie postaci bogów, jak Attis, Adonis, Tammuz i inni, które cieszyły się łaskami bogów macierzystych i dopuszczały się kazirodztwa z matką na złość ojcu.

Ale poczucie winy, które nie zostało zmniejszone przez te stworzenia, wyrażało się w mitach, które karały młodych kochanków bogiń krótkim życiem i karą kastracji lub ściągały na nie gniew boga ojca pojawiającego się w zwierzęcym kształcie. Adonis został zabity przez dzika, święte zwierze Afrodyty; Attis, kochanek Kybele, zmarł skutkiem kastracji. Lament po tych bogach i radość z ich zmartwychwstania weszły w skład rytuału innego boskiego syna, któremu przeznaczone było odnieść trwały sukces.

Kiedy religia Chrystusa zaczęła wkraczać do świata starożytnego, napotkała rywalizację religii Mitry i przez długi okres czasu pozostawało wątpliwe, które bóstwo zostanie zwycięzcą. Świetlista postać młodzieńczego boga perskiego wymknęła się naszemu zrozumieniu. Wyobrażał on syna, który sam składał ofiarę z ojca, w ten sposób uwalniając braci od ponurego współuczestnictwa w tym czynie. Istniał inny sposób zmniejszenia tego poczucia winy, taki mianowicie, jaki wybrał Chrystus. Poświęcił on swe życie i przez to zbawił braci od grzechu pierworodnego.

Teoria grzechu pierworodnego jest pochodzenia orfickiego; została zachowana w misteriach, a stąd przeniknęła do filozoficznych szkół starożytnej Grecji. Ludzie byli potomkami Tytanów, którzy zabili i rozczłonkowali młodego Zeusa-Zagreusa; ciężar zbrodni ich przytłaczał. W micie chrześcijańskim pierwotny grzech człowieka jest niewątpliwie obrazą boga ojca i jeśli Chrystus zbawia ludzkość do ciężaru grzechu pierworodnego, składając swoje własne życie w ofierze, zmusza nas to do wyciągnięcia stąd wniosku, że grzechem tym było morderstwo. A jeśli ofiara czyjegoś życia doprowadza do pogodzenia się z bogiem ojcem, wówczas zbrodnią, którą należy odkupić, może być tylko morderstwo ojca.

Tak więc w doktrynie chrześcijańskiej ludzkość w sposób najbardziej otwarty przyznaje się do winy popełnionej w czasach pierwotnych, ponieważ znalazła ona najpełniejsze odkupienie za ten czyn w ofiarnej śmierci syna. W tym samym czynie, który ofiaruje największą możliwość zadośćuczynienia ojcu, syn także osiąga cel swych pragnień skierowanych przeciwko ojcu. Sam staje się bogiem obok ojca lub raczej zamiast niego. Jako znak tej zmiany ożywiona zostaje ponownie stara uczta totemiczna w formie komunii, w której grupa braci spożywa teraz ciało i krew syna, nie zaś ojca, przez co synowie identyfikują się z nim i sami uzyskują świętość.

Sigmund Freud – Totem i Tabu

The Last Supper

Gra ze środowiskiem

Po załamaniu się modelu średniowiecza przyszła nowożytność, łącząca odrodzenie z oświeceniem. Obecnie otrzymujemy czwarty, jakościowo nowy model egzystencji dla osób kształtowanych przez konsumpcję i obfite korzystanie ze środków audiowizualnych. Na miejsce cywilizacji kształtowanej przez Gutenbergowski wynalazek druku wchodzi cywilizacja obrazka, zależna od rewolucji informacyjnej, której szczególnym symbolem pozostaje Internet.

W modelu takim człowiek prowadzi swoistą grę ze środowiskiem. Nie odrzuca on wprost ani religii, ani nauki, ani filozofii. Usiłuje je przyjmować w zupełnie nowy sposób, widząc w nich przede wszystkim formy gier językowych. Także pytanie o Boga bardzo często nie jest już obecnie obciążone treściami formułowanymi ongiś przez ideologów ateistów. Klasyczna treść tego pytania ulega jednak semantycznemu rozmyciu, gdy się twierdzi, że zarówno teizm, jak i ateizm stanowią pewną formę naszej subiektywnej gry ze środowiskiem.

Józef Życiński – Bóg postmodernistów

Szaleństwa autorytetów

Nie rozprawiał o naturze wszechrzeczy, ani nie dociekał, jak powstał tak zwany „kosmos”, ani pod działaniem jakich koniecznych przyczyn zachodzą wszelkie zjawiska na niebie. Przeciwnie, jasno dowodził, że kto zaprząta sobie głowę takimi sprawami, jest głupcem.

Często dziwił się, że nie rozumieją oni, że zbadanie takich tajemnic nie leży w mocy człowieka, skoro nawet ci, którzy uważają się za najwyższe autorytety, za ludzi kompetentych do zabierania głosu w tych sprawach, nie zgadzają się w tym punkcie w poglądach, a kiedy ich nawzajem porównać, podobni są do ludzi szalonych.

Nie sądził zresztą, aby człowiek mógł to poznać, i nie przypuszczał, aby miły był bogom ten, kto docieka tajemnic, których oni nie chcieli ludziom wyjawić. Dodawał ponadto, że temu, kto badając te sprawy zbyt natęża rozum, grozi niebezpieczeństwo: może dojść do niedorzecznych wniosków.

Kenofont – Wspomnienie o Sokratesie