Wstęp

Istnieje pogląd, niejako naturalny, że w filozofii, zanim się przystąpi do rzeczy samej, mianowicie do rzeczywistego poznania tego, co jest naprawdę, należy najpierw porozumieć się w kwestii samego poznania, które uważane bywa za narzędzie, za pomocą którego można zawładnąć absolutem, bądź też za środek pozwalający nam ten absolut dojrzeć.

Troska o to musi w końcu przemienić się w przekonanie, że całe to przedsięwzięcie, by za pośrednictwem poznania udostępnić świadomości to, co jest samo w sobie, jest sprzeczne w samym swym pojęciu i że poznanie i absolut są od siebie odcięte ostrą granicą. Jeśli bowiem poznanie jest narzędziem zawładnięcia absolutną istotą, to musimy pamiętać o tym, że zastosowanie narzędzia do jakiejś rzeczy nie pozostawia jej taką, jaka ona jest dla siebie, lecz formuje ją i zmienia.

Gdybyśmy zaś uważali, że poznanie nie jest narzędziem naszej działalności, lecz jakimś pasywnym medium, poprzez które dochodzi do nas światło prawdy – to i tak nie otrzymalibyśmy tej prawdy taką, jaką ona jest sama w sobe, lecz tylko taką, jaką ona jest dzięki owemu medium i w nim. W obydwu wypadkach posługujemy się środkiem, który bezpośrednio wywołuje coś takiego, co jest przeciwieństwem celu, do którego miał służyć.


Obawa przed prawdą może też chcieć ukryć się przed sobą i przed innymi, udając, że to właśnie żarliwa gorliwość dla prawdy utrudnia jakoby, a nawet uniemożliwia znalezienie jakiejś innej prawdy poza prawdą próżności, która zawsze uważa się za mądrzejszą od wszystkich myśli, jakie się samemu zdobyło lub otrzymało od innych.

Próżność ta, która potrafi każdą prawdę uznać za nieważną, żeby, wycofując się z niej, wrócić do siebie i karmić się tylko własnym rozsądkiem – tym rozsądkiem, który potrafi zawsze każdą myśl rozłożyć i zamiast bogactwa treści znajdować wszędzie tylko swoje zasuszone Ja – próżność ta jest tego rodzaju zaspokojeniem, które należy zostawić jego własnemu losowi. Odwraca się ona bowiem od tego, co ogólne, i szuka tylko bytu dla siebie.

Georg Wilhelm Friedrich Hegel – Fenomenologia Ducha

Sprzeczność wiary z miłością

Wiara jest przeciwieństwem miłości. Piekło wiara wynalazła, a nie miłość i nie rozum. Piekło jest dla miłości okropnością, dla rozumu bezsensem. Piekło osładza radości szczęśliwych wiernych.

Bóg jest miłością. Teza ta jest najwyższą tezą chrześcijaństwa. Ale w samym tym zdaniu zawarta już jest sprzeczność wiary i miłości. Miłość jest tylko orzecznikiem, Bóg — podmiotem. A czym jest ten podmiot w odróżnieniu od miłości? Tylko wtedy nie istniałaby konieczność takiego rozróżnienia, gdyby powiedziane było odwrotnie: miłość jest Bogiem, miłość jest istotą absolutną. Kiedy ujmuję Boga jako podmiot w odróżnieniu od orzecznika, miłość nie wypełnia całkowicie mojego ducha – pozostawiam wolne miejsce dla mojego braku miłości.

Miłość została w chrześcijaństwie splamiona przez wiarę; nie została ujęta jako wolna, jako prawdziwa. Miłość ograniczona przez wiarę jest miłością nieprawdziwą. Miłość nie zna innego prawa, tylko samą siebie; jest boską dzięki sobie samej, nie potrzebuje święceń wiary. Miłość skrępowana przez wiarę jest miłością ciasną, fałszywą, sprzeczną z pojęciem miłości, to znaczy z samą sobą. Jest miłością obłudną, ponieważ kryje w sobie nienawiść właściwą wierze. Jest dobrą tylko tak długo, jak długo wiara nie została naruszona. W tej sprzeczności z sobą samą, aby zachować pozór miłości, stacza się ona do najbardziej diabelskich sofizmatów, tak jak Augustyn w swej Apologii prześladowań kacerzy. Miłość jest tu ograniczona przez wiarę, dlatego też nie uważa czynów wynikajacych z braku miłości, a dopuszczanych przez wiarę, za sprzeczne z sobą samą. Czyny nienawiści dokonywane w imię wiary tłumaczy ona jako czyny miłości.

Biblia potępia w imię wiary i ułaskawia w imię miłości. Zna ona jednak tylko miłość opartą na wierze, mamy więc do czynienia z miłością, która przeklina, z miłością niepewną, z miłością, która nie daje mi rękojmi, że nie okaże się brakiem miłości. Jeśli nie uznaję artykułów wiary, zostaję wyłączony z królestwa miłości, staję się przedmiotem przekleństwa, piekła, gniewu Boga, dla którego istnienie niewiernego jest utrapieniem, cierniem w oku. Miłość chrześcijańska nie przezwyciężyła piekła, ponieważ nie przezwyciężyła wiary. Miłość jest sama w sobie niewierząca, wiara natomiast – pozbawiona miłości. Niewierząca jest miłość dlatego, ponieważ nie zna nic bardziej boskiego aniżeli ona sama, ponieważ wierzy tylko w samą siebie jako absolutną prawdę.

Miłość chrześcijańska jest miłością ograniczoną wskutek tego, że jest chrześcijańską, że nazywa się chrześcijańską. Albowiem w istocie miłości leży to, że jest powszechna. Dopóki miłość chrześcijańska nie zrezygnuje z chrześcijaństwa, nie uczyni miłości jako takiej najwyższym prawem, dopóty będzie to miłość, która obraża poczucie prawdy – miłość bowiem jest właśnie tym, co znosi różnicę między chrześcijaństwem i tak zwanym pogaństwem – będzie to miłość, która przez swoją odrębność popada w sprzeczność z istotą miłości, miłość anormalna, miłość bez miłości, która od dawna już zupełnie słusznie stała się przedmiotem kpin. Prawdziwa miłość sama sobie wystarcza; nie jest jej potrzebny żaden specjalny tytuł, żaden autorytet.

Ludwig Feuerbach – O istocie chrześcijaństwa

Męskim głosem

– Jak może być szczęśliwy człowiek, który jest niewolnikiem czyimkolwiek? Nigdy; tylko to jest piękne i sprawiedliwe z natury, co ja ci teraz otwarcie mówię, że człowiek, który ma żyć jak należy, powinien żądzom swoim puścić wodze, niechaj będą jak największe, i nie powściągać ich. A kiedy będą jak największe, wystarczą wtedy wiosła odwagi i rozsądku, żeby mieć pełno, po brzegi, wszystkiego, ku czemu się żądza kiedykolwiek ruszy.

Tylko tego, uważam, nie potrafią ci, których jest wielu. Dlatego ganią takie typy, bo im wstyd; pokrywają nieudolność własną i powiadają, no, naturalnie, że niepowściągliwość to brzydka rzecz; ujarzmiają typy co lepsze z natury i sami niezdolni zaspokoić głodu rozkoszy, chwalą niemęskim głosem rozumne panowanie nad sobą i sprawiedliwość.

Nie, Sokratesie; tak jest naprawdę, prawdę, której ty szukasz, jak mówisz. Bujne, szerokie życie, bez hamulca i bez pana nad sobą, byle było skąd, to jest dzielność, cnota i szczęście, a ta reszta, to świecidełka, to ludzkie konwenanse przeciwne naturze, to głupstwa, o których i mówić nie warto.

– Więc niesłusznie powiadają, że szczęśliwi są ci, którzy niczego nie potrzebują?

– A, to by kamienie na taki sposób i trupy były najszczęśliwsze.

Kalikles

Najlepszy z możliwych światów

Twierdzenie, że wierzenia nie mają w sobie ani ziarenka prawdy, a zarazem, że ważną czy nawet naczelną rolą społeczną religii jest zaspokajanie potrzeb poznawczych, jest logicznie bez zarzutu. Nigdy nie brak argumentów dla uzasadnienia doktryny, w którą z jakichkolwiek powodów chce się wierzyć.  

Oczywiście wiara nie byłaby potrzebną, gdyby bieg spraw świata stosował się wprost i niezawodnie do norm sprawiedliwości, oznaczałoby to bowiem, że żyjemy w Raju. Adam i Ewa nie wierzyli w istnienie Boga w tym sensie, w jakim mieli wierzyć ich potomkowie, jako że żyli oni w rzeczywistej teokracji, pod bezpośrednimi i widzialnymi rządami Boga.

Nie ma czegoś takiego jak racjonalny kult. Jeśli mówimy o Boskich przymiotach i dziełach jako o obiektach dających się pojęciowo oddzielić, to tylko dlatego, że w ten sposób nasz skończony umysł próbuje uchwycić Nieskończoność, której zrozumieć nie potrafi.

Żadnej ze stron nie przekonały i prawdopodobnie nigdy nie przekonają argumenty strony przeciwnej, co jest zresztą wspólnym losem wszystkich fundamentalnych zagadnień filozofii w ostatnich dwudziestu pięciu stuleciach.

Leszek Kołakowski – Jeśli Boga nie ma

Neti! neti!

Począwszy od epoki upaniszad Indie odrzucają świat taki, jaki jest i obniżają wartość życia, które ukazuje się oczom mędrca jako krótkotrwałe, bolesne i złudne. Koncepcja taka nie prowadzi ani do nihilizmu, ani do pesymizmu. Odrzuca się ten świat i obniża wartość tego życia, ponieważ wiadomo, że istnieje coś innego poza stawaniem się, przemijaniem i cierpieniem. „Neti! neti!” — woła mędrzec w upaniszadach: „Nie, nie! Nie jesteś tym, nie jesteś również tamtym!”. Innymi słowy nie należysz do kosmosu upadłego, takiego, jakim go widzisz teraz, nie musisz być koniecznie wciągnięty w to „stworzenie”.

Przyczyną cierpienia ludzkiego jest złudzenie. Istotnie, człowiek wierzy, iż życie psychomentalne — czynności jego zmysłów, uczucia, myśli i pragnienia — jest identyczne z duchem, z jego jaźnią. Miesza w ten sposób dwie rzeczywistości całkowicie autonomiczne i przeciwstawne, między którymi nie ma żadnego prawdziwego związku, lecz tylko relacje iluzoryczne, ponieważ doświadczenie psychomentalne nie należy do ducha, lecz do natury. Nędzy życia ludzkiego nie spowodował jakiś grzech pierworodny ani kara boska, lecz niewiedza. I to nie jakakolwiek niewiedza, lecz tylko nieświadomość prawdziwej natury ducha, niewiedza, która sprawia, że mylimy ducha z doświadczeniem psychomentalnym.

„Wyzwolić się” z cierpienia to cel wszystkich filozoficznych i mistycznych systemów indyjskich. Czy się to wyzwolenie osiąga bezpośrednio przez „poznanie” w wyniku studiów na przykład wedanty albo sankhji, czy też z pomocą technik — jak większość szkół buddyjskich, które wraz z jogą w nie wierzą — faktem jest, że żadna wiedza nie ma wartości, jeśli nie zmierza do „zbawienia” człowieka. „Przez poznanie”, to znaczy przez odsunięcie się, dzięki czemu odnajdzie on swoje własne centrum, zespoli się ze swym „prawdziwym duchem” (purusa, atman). Poznanie zmienia się w ten sposób w medytację, a metafizyka staje się soteriologią.

Żadna filozofia ani żadna gnoza indyjska nie grzęźnie w rozpaczy. Przeciwnie — objawienie „bólu” jako prawa egzystencji można uważać za warunek sine qua non wyzwolenia. Ów ból powszechny ma więc w istocie wartość pozytywną, pobudzającą. Przypomina bez przerwy mędrcowi i ascecie, że pozostaje im jedyny środek osiągnięcia wolności i świętości — odsunięcie się od świata, oderwanie od dóbr i ambicji, całkowite odosobnienie.

Mircea Eliade – Joga. Nieśmiertelność i wolność

Przedmioty sprzeczne

W marzeniach sennych wszyscy przeżywamy przedmioty sprzeczne. Jesteśmy nieraz we śnie w jakimś pokoju, a właściwie nie w pokoju, tylko na ulicy, mówimy do człowieka, który się okazuje rośliną lub gmachem, nie przestając być człowiekiem. W dalszym ciągu prócz nonsensów logicznych przeżywamy bez zdziwienia nonsensy przyrodnicze, fantastycznie posklejane postacie i zdarzenia, robimy cuda i doznajemy ich z niezwykłą łatwością, a przede wszystkim bez śladu zdziwienia, powątpiewania, niepokoju, bez potrzeby kontroli ze strony innych zmysłów i drugich istot myślących.

W domu bierzemy do ręki Owidiusza i przeżywamy wraz z nim zbitki z drzew i ludzi, przemiany osób w kamienie i zwierzęta, wstępowanie bóstw w ciała ludzkie i zwierzęce i wtedy nie rażą nas wcale — owszem: bawią i zajmują syreny, chimery, smoki, anioły, diabły, metamorfozy, inkarnacje i wniebowstąpienia.

W wierzeniach religijnych mamy również niewyczerpaną kopalnię zbitek o cechach wyłączających się tak jaskrawo: mamy męki niewinne w imię sprawiedliwości, a nawet miłości, mamy odpowiedzialność bez winy, a obok niemożliwości logicznych i paradoksów moralnych nieskończony szereg niemożliwości przyrodniczych w formie cudów i legend. Cały ten świat, tak żywy w okresie dzieciństwa i naturalny w umyśle ludzi pierwotnych, zgodny z całością dziecięcego, bajkowego poglądu na rzeczy — utrzymuje się w bardzo wielu umysłach dojrzałych.

Władysław Witwicki – Z filozofii nauki

Wielki Inkwizytor

Rozstrzygnij sam, kto miał słuszność: Ty czy tamten, który Cię pytał? Przypomnij sobie pierwsze pytanie; chociaż nie dosłownie, ale sens jego głosi: «Chcesz iść między ludzi i idziesz z pustymi rękami, z jakąś obietnicą wolności, której oni w swojej prostocie i przyrodzonej skłonności do nieładu nie mogą pojąć, której boją się i lękają albowiem nie ma i nie było nic bardziej nieznośnego dla człowieka i dla ludzkiej społeczności niż wolność! Czy widzisz te głazy w nagiej, rozpalonej pustyni? Przemień je w chleby, a pójdzie za Tobą cała ludzkość, jak trzoda, wdzięczna Ci i posłuszna, chociaż wiecznie drżąca, że możesz odjąć rękę Swoją i przepadną im chleby Twoje.»

Ale nie chciałeś pozbawić człowieka wolności, cóż to bowiem za wolność, pomyślałeś, jeśli posłuszeństwo kupione jest chlebem? Odparłeś, że nie samym chlebem żyje człowiek, ale czy wiesz, że w imię tego chleba powstanie przeciw Tobie duch ziemi i będzie z Tobą walczył, i pokona Cię. Czy wiesz, że wieki miną i ludzkość oznajmi przez usta swojej mądrości i nauki, że nie ma zbrodni, a więc i nie ma grzechów, że są tylko głodni? Skończy się na tym, że przyniosą nam swoją wolność do naszych nóg i powiedzą: «Weźcie nas raczej w niewolę, ale dajcie nam jeść.»

Zrozumieją wreszcie sami, że wolność i chleb ziemski pod dostatkiem dla każdego — nie dadzą się pogodzić, albowiem nigdy, nigdy nie potrafią rozdzielić go między siebie! Przekonają się również, że nie mogą być nigdy wolni, ponieważ są słabi, występni, nędzni i zbuntowani. Przyrzekłeś im chleb niebieski, lecz znowu powtarzam: czy może się on równać w oczach słabego, wiecznie występnego i wiecznie niewdzięcznego rodzaju ludzkiego z chlebem ziemskim?

Co zawiniła słaba dusza, że nie była w stanie przyjąć tak straszliwych darów? Czy przyszedłeś tylko do wybranych i gwoli nich? Ale jeżeli tak jest, to jest w tym tajemnica, której nie zrozumiemy. A jeżeli to tajemnica, wówczas i my mamy prawo głosić tajemnicę i pouczać ich, że nie wolny wybór serc ich jest istotny i nie miłość, lecz tajemnica, której powinni podporządkować się ślepo, nawet na przekór sumieniu. I tośmy zrobili. Poprawiliśmy Twoje bohaterstwo i oparli je na cudzie, tajemnicy i autorytecie. I ludzie ucieszyli się, że poprowadzono ich znowu jak trzodę i że z ich serc zdjęto wreszcie tak straszliwy dar, który im tyle męki przysporzył.

Najbardziej to męczący i nieustanny frasunek człowieka: mając wolność szukać czym prędzej tego, przed kim można się pokłonić. Lecz pokłonić się chce człowiek przed tym, co już jest niewątpliwe, tak niewątpliwe, aby wszyscy ludzie od razu zgodzili się na wspólny pokłon.

Fiodor Dostojewski – Bracia Karamazow

Pokusa nieśmiertelności

Wszystkie rzeczy w naturze mają swój koniec; najpiękniejsze i najdoskonalsze z nich są najbardziej znikome, nad czym zgodnie boleją filozofowie i poeci. Dlaczegóżby z człowiekiem miało być inaczej? Ale dlaczegóżby też nie mogło być inaczej?

Uczucia i myśli nie tylko różnią się od tego, co zwiemy martwą materią, lecz są jej biegunowo przeciwne. Wnioski co do ducha, oparte na analogii z materią, bardzo małą lub żadnej nie mają wartości. Wszelka materia, odłączona od wrażeń istot czujących, ma jedynie hipotetyczne i niesubstancjalne istnienie; jest ona tylko przypuszczeniem dla objaśnienia naszych uczuć. Duch, ze stanowiska filozoficznego, jest jedyną rzeczywistością, którą udowodnić możemy, i między nim a innymi rzeczywistościami, żadnej analogii odnaleźć nie podobna.

John Stuart Mill – Studia nad religią

Mechanizm

Człowiek, ciągle rozpatrywany pod czysto ziemskimi względami, zdaje się osiągać szczyty moralnej oraz fizycznej perfekcji. Jego zdolności łączą się zachwycająco, aby wieść go do tego celu. Jego zmysły, bardziej doskonałe niż u niższych gatunków, jego pamięć tak wierna, iż przedstawia mu różne przedmioty, nie dopuszczając, by się pomieszały, jego zdolność sądzenia, pozwalająca je klasyfikować oraz porównywać, jego umysł, każdego dnia odkrywający między nimi nowe związki, wszystko to współdziała, prowadząc go ku kolejnym odkryciom oraz umacniając panowanie.

Tymczasem, pośród swych zdobyczy oraz zwycięstw, ani ujarzmiony świat, ani ustanowione organizacje społeczne, ani ogłoszone prawa, ani zaspokojone potrzeby, ani pomnożone przyjemności nie wystarczają jego duszy. Ciągle rośnie w nim jakieś pragnienie i domaga się czegoś innego. Zbadał, spenetrował, ujarzmił oraz przyozdobił swe ziemskie schronienie, ale jego spojrzenie szuka innej sfery. Stał się panem widzialnej i ograniczonej natury, a pragnie natury niewidzialnej i bez granic. Zatroszczył się o sprawy, które im bardziej są złożone oraz sztuczne, tym wyższego wydają się gatunku. Wszystko poznał, wszystko przeliczył, a czuje się zniechęcony tym, że zajmuje się jedynie interesami i kalkulacjami.

Krzyczy w nim jakiś wewnętrzny głos i mówi mu, że wszystkie te rzeczy to tylko mechanizm, mniej lub bardziej genialny, mniej lub bardziej doskonały, ale nie mogący być kresem lub ograniczeniem jego egzystencji, oraz że to, co wziął za cel, było jedynie szeregiem środków.

Benjamin Constant – O religii

W niewoli przyzwyczajeń

Czyste doświadczenie informuje o stałym następstwie faktów; ale nie poucza, że jeden fakt wynika z drugiego. Jeśli nacisnąć na spust fuzji, to rozlegnie się strzał; ale naprawdę stwierdzamy tylko, że strzał nastąpił po naciśnięciu spustu, nie zaś, że z niego wyniknął, że był jego skutkiem. Jak dzieje się to, iż po jednym fakcie następuje drugi, tego doświadczenie nie podaje; jeśli więc mamy się trzymać ściśle doświadczenia, to musimy wyrzec się związków przyczynowych i zadowalać się tylko ustalaniem stałych następstw. To była najbardziej niespodziewana i szczególna teza Hume’a.

Nie ma zatem żadnej podstawy do uznawania związków przyczynowych jako koniecznych: ani podstawy rozumowej, ani doświadczalnej. A jednak mimo to w życiu i w nauce zawsze uznajemy je i oczekujemy, że gdy zaszła przyczyna, niechybnie zajdzie też i skutek. Taka postawa umysłu wymaga wytłumaczenia; stanowiła ona z kolei nowe zagadnienie Hume’a: dlaczego, choć nie mamy do tego podstawy, uznajemy istnienie związków przyczynowych?

Czynimy to dlatego, że opieramy się na dawniej zebranym doświadczeniu i doświadczenie to przenosimy na przyszłość. Dotąd po naciśnięciu spustu w fuzji padał strzał, więc sądzimy, że tak będzie i nadal. Ale czyniąc tak, nie zostajemy już w granicach czystego doświadczenia, lecz przekraczamy je. Nie są bynajmniej równoważne te dwa zdania: „Stwierdziłem, iż temu oto przedmiotowi towarzyszył taki skutek” i „Spodziewam się, że innym przedmiotom, które, o ile je znamy, są podobne do tamtego, będą towarzyszyć skutki podobne”. Od jednego z tych zdań do drugiego można by przejść tylko drogą rozumowania, ale czy jest takie rozumowanie? Czy mamy prawo przenosić na przyszłość dawniej zebrane doświadczenia?

Nie ma takiego rozumowania, które upoważniałoby do przenoszenia dotychczasowego doświadczenia na przyszłość. Nie ma sprzeczności w przypuszczeniu, że choć pewne zdarzenie miało jakiś skutek, to zdarzenie doń podobne mieć będzie skutek inny. W przenoszeniu doświadczeń na przyszłość gra rolę nie rozumowanie, lecz czynnik innego zgoła rodzaju; wnioski z przyczyny o skutku nie są wcale rzeczą rozumowania. Są rzeczą przyzwyczajenia.

Stałe powtarzanie się pewnych związków nie zmienia wprawdzie nic w naturze tych związków, ale zmienia nasz do nich stosunek. Wytwarza w umyśle skłonność do oczekiwania dalszych powtórzeń. Skoro przywykliśmy, że po naciśnięciu spustu pada strzał, sądzimy, że tak będzie i nadal. Jest to wszakże podstawa wniosku czysto subiektywna. Wprawdzie skłonność ta ma pewną podstawę obiektywną, mianowicie regularność w zachodzeniu związków, dotąd obserwowaną; ale właśnie ta podstawa sama jest niedostateczna do wyciągania wniosków. Właściwa podstawa wniosku jest nie obiektywna, lecz subiektywna, i jest uczuciowa, nie pojęciowa. Wnioskowanie jest tu aktem wiary, nie wiedzy.

Poczucie konieczności nie jest podstawą wniosków naszych, lecz ich wynikiem; tym jest większe, im więcej wniosków takich wyciągnęliśmy. Poszukiwanie wniosków przyczynowych jest instynktem, który nam dała natura. Dała nam ona instynkt nie dając zrozumienia. Wnioskujemy o rzeczach przyszłych bez znajomości podstaw naszych wniosków tak samo, jak możemy poruszać się nie mając znajomości muskułów. Ale instynkt nie jest poznaniem.

Władysław Tatarkiewicz – Historia filozofii Tom II Filozofia nowożytna do 1830 r.