Przyjaciele

Nasze życie też można ująć jako niepotrzebny epizod, zakłócający błogi spokój nicości. W każdym razie nawet ten, komu powiodło się znośnie, poznaje w miarę życia coraz wyraźniej, że w całości wzięte życie jest „rozczarowaniem, zaprzeczeniem, oszustwem” lub mówiąc dobitnie, że nosi ono piętno wielkiej mistyfikacji, by nie rzec: szalbierstwa.

Kiedy dwaj przyjaciele młodości spotykają się po długiej rozłące jako starcy, wówczas dominującym uczuciem, jakie wywołuje w nich wzajemny widok przyjaciela, z którym wiąże się wspomnienie młodości, jest uczucie całkowitego rozczarowania całym życiem, które niegdyś, w różowej jutrzence młodości tak pięknie się przed nimi rozpościerało, tak wiele obiecywało, tak mało zaś dotrzymało. Uczucie to do tego stopnia wybija się na pierwszy plan podczas ich spotkania, że nie czują nawet potrzeby wyrażania go słowami, lecz przyjmują je obaj za cichą przesłankę i toczą na tej bazie dalszą rozmowę.

Kto przeżył dwa lub zgoła trzy pokolenia, temu tak jest na duszy, jak widzowi, który przypatrując się różnym popisom kuglarzy w jarmarcznych budach pozostaje na miejscu i ogląda ten numer dwa lub trzy razy po kolei; sztuczka była, mianowicie, obliczona tylko na widowisko jednorazowe i dlatego nie robi już wrażenia, skoro złudzenie i nowość prysły.

Artur Schopenhauer – Świat jako wola i przedstawienie t.2

Niebezpieczeństwo solipsyzmu

To ciekawe, iż realistów nigdy naprawdę nie niepokoił problem istnienia innych ludzi. W tej mierze, w jakiej realista przyjmuje „wszystko” jako „dane”, niewątpliwie wydaje mu się, iż inny również jest dany. Faktycznie, cóż bardziej rzeczywistego w obrębie rzeczywistości niż właśnie inny? To po prostu substancja myśląca o tej samej istocie, co ja.

Jednak o ile realizm usiłuje zdać sprawę z poznania, które się uzyskuje dzięki oddziaływaniu świata na substancję myślącą, o tyle nie troszczy się wcale o ustalenie bezpośrednich i wzajemnych oddziaływań, zachodzących między substancjami myślącymi. W tym ujęciu, komunikują się one ze sobą wyłącznie za pośrednictwem świata. Dusza innego jest zatem oddzielona od mojej całą tą odległością, która najpierw oddziela moją duszę od mojego ciała, następnie oddziela moje ciało od ciała innego, a w końcu oddziela ciało innego od jego duszy. Relacja między moim ciałem a ciałem innego ma czysto zewnętrzny i obojętny charakter.

Jeśli dusze są oddzielone przez swoje ciała, to są one od siebie różne, tak jak kałamarz jest różny od książki, a zatem nie można pomyśleć żadnego ich bezpośredniego uobecnienia dla siebie nawzajem. Dusza innego jest raczej jakąś nieobecnością, jakimś znaczeniem, a ciało tylko odsyła do niej, lecz jej nie ukazuje. Jednym słowem, w filozofii opierającej się na bezpośredniej intuicji rzeczywistości, nie ma żadnej intuicji duszy innego.

Co za tym idzie, odkąd inny nie może oddziaływać swoim bytem na mój byt, może mi się on ukazać na jeden tylko sposób, to znaczy może jawić mojemu poznaniu jako przedmiot. Jednak należy to rozumieć tak, iż muszę konstytuować innego jako pewną jedność, jako zespolenie, które spontaniczność narzuca wielości i różnorodności wrażeń, to ja konstytuuję zatem innego w polu swojego doświadczenia. A zatem inny może być dla mnie jedynie obrazem.

Jedynie świadek, który i w stosunku do mnie, i w stosunku do innego byłby na zewnątrz, mógłby porównać obraz z modelem i rozstrzygnąć, czy obraz jest prawdziwy. Swoją drogą, aby być upoważnionym do takiej oceny, ów świadek sam nie powinien pozostawać w relacji zewnętrznej ani względem mnie, ani względem innego. W innym przypadku jednego i drugiego poznałby wyłącznie za pośrednictwem obrazów.

Właśnie taki sens skrywa teologiczne pojęcie stwarzania: Bóg jest, a zarazem nie jest mną samym i innym ponieważ nas stwarza. Faktycznie, powinien być mną, aby bezpośrednio i z apodyktyczną oczywistością uchwycić moją rzeczywistość; ale też powininien nie być mną, aby zachować właściwią sobie bezstronność świadka, i aby móc być i zarazem nie być innym. Obraz stwarzania jest tu najbardziej adekwatny, ponieważ w akcie stwórczym do samej głębi widzę to, co stwarzam: stwarzam zaś samego siebie.

A zatem założenie narzucające przestrzenność nie zostawia nam wyboru: trzeba odwołać się do Boga albo popaść w probabilizm, który uchyla drzwi solipsyzmowi.

Jean-Paul Sartre – Byt i nicość

Zdrowy rozsądek

Kiedy moje pojęcia zostaną dobrze zrozumiane, to to, co wydaje się w nich najdziwniejsze, sprowadzi się do twierdzenia, że absolutnie niemożliwe i oczywiście sprzeczne jest przypuszczenie, aby niemyśląca istota mogła istnieć, nie będąc postrzeganą przez jakiś umysł. Jeśli zaś takie pojęcie jest dziwne, jest to wstyd tylko dla naszych czasów i dla chrześcijańskiego kraju.

Gdybyśmy nawet przypuścili, że jest możliwe i że można pomyśleć, iż świat cielesny ma istnienie absolutne poza umysłem Boga i poza umysłami duchów skończonych, to nie wiem, w jaki sposób mogłoby to godzić się z nieskończonością i wszechwiedzą Boga oraz z konieczną i bezpośrednią zależnością wszechrzeczy od Niego. W istocie, czyżby to nie zdawało się raczej ujmę czynić tym atrybutom Boga?

Nie mogę zaprzeczyć temu, że wiara w materię ma u ludzi wykształconych znaczą przewagę nad poglądem przeciwnym. A teraz rzućmy na szalę, jako przeciwwagę owego przesądu, wielkie korzyści, które płyną zarówno dla religii, jak i dla wiedzy ludzkiej z wiary w immaterializm. Czy istnienie Boga i niezniszczalność duszy – te wielkie artykuły wiary, nie mają dowodu jak najbardziej jasnego i bezpośrednio oczywistego? Kiedy mówię o istnieniu Boga, nie mam na myśli ciemnej, ogólnej przyczyny rzeczy, o której nie mamy żadnego pojęcia, lecz Boga, w ścisłym i dosłownym znaczeniu tego słowa. O istnieniu istoty, której duchowość, wszechobecność, opatrzność, wszechwiedza, nieskończona moc i dobroć są równie oczywiste, jak istnienie rzeczy zmysłowych, nie ma racji, aby wątpić, tak samo jak nie ma racji wątpić w nasze własne isnienie.

Wyrazu materia nie zabraknie nigdy w mowie potocznej. W filozoficznych zaś rozprawach najlepszą, zdaje się, rzeczą będzie zupełnie go nie używać. Nie ma bowiem chyba rzeczy, która lepiej sprzyjałaby i wzmacniała popęd umysłu do ateizmu, jak posługiwanie się tym ogólnym, niejasnym terminem.

Długo nie wierzyłem zmysłom. Wydawało mi się, jakobym widział dotychczas przedmioty w zamglonym świetle i przez fałszywe szkła. A teraz szkła zostały usunięte i nowe światło wdziera sie do mojego umysłu. Jestem teraz mocno przekonany, że widzę przedmioty w formie przyrodzonej; nie troszę się już o ich nieznaną naturęabsolutne istnienie. Te same zasady, które na pierwszy rzut oka prowadzą do sceptycyzmu, przemyślane do pewnego punktu zwracają ludzi znowu ku zdrowemu rozsądkowi.

George Berkeley – Trzy dialogi między Hylasem i Filonusem. Dialog trzeci

Solipsyzm albo wiara w mit

Gdybyśmy nawet wiedzieli dokładnie, kim jesteśmy w przyrodzie, nie moglibyśmy przestać wiedzieć o tym, że wiemy właśnie – a ten stan podwojenia wystarcza, by uniemożliwić nam integrację zupełną w porządek natury, z którym identyfikujemy się wprawdzie w refleksji, ale nie w refleksji nad refleksją. Krótko mówiąc: z tej racji, iż stał się dla własnej świadomości przedmiotem, człowiek stał się sobie niezrozumiały jako podmiot.

Musi już to udźwignąć absolutność swoją (tj. zgodzić się na to, że przez odniesienie do siebie tłumaczy naturę, nie zaś odwrotnie), już to szukać samoumiejscowienia przez relatywizację do przednaturalnej, przedhistorycznej realności mitu.

1. Uzurpować sobie przywilej absolutu – ku czemu prowadzą pokusy radykalnego monizmu historycznego – można tylko za cenę skrajnego sceptycyzmu; lecz skrajny sceptycyzm, jeśli zdobywa się na konsekwencję, oznacza ruinę wartości, które utrzymują więzi nieracjonalne wewnątrz gatunku ludzkiego; oznacza tedy samobójstwo gatunku.

2. Niezdolni do przywrócenia sobie spontanicznej bezpośredniości w kontakcie z naturą, zniewoleni jesteśmy szukać integracji w odwrotnym kierunku: utraciwszy korzenie świadomości własnej w naturze, starmy się dla natury znaleźć korzenie, które pozwolą upodobnić ją do świadomości, tj. wyposarzyć ją w ład mityczny.

Mitologia jako próba pokonania niepamięci bytu, jako przezwyciężenie czystej faktyczności świata, uwalnia mnie od sytuacji, w której muszę się uznać za paradoksalne bóstwo przypadkowe – a tej sytuacji nie potrafię przyjąć na serio.

Leszek Kołakowski – Obecność mitu

Egotyzm

Znów pewna kobieta zarzuca mi egotyzm. Pisze:

Nie jest pan dla mnie ekscentryczny, tylko egocentryczny.

Frazesy? Na zdrowy rozum – wymagać od człowieka, aby nie zajmował się sobą, nie przejmował się sobą i, krótko mówiąc, nie uważał siebie za siebie, może tylko wariat. Ta kobieta żąda, abym zapomniał, że ja jestem ja. Kolosalny nacisk, jakiemu dziś jesteśmy poddani ze wszystkich stron – iżbyśmy wyrzekli się własnej egzystencji – jak każdy postulat, nie dający się zrealizować, doprowadza tylko do skrzywienia i zafałszowania życia. Ktoś na tyle nieuczciwy wobec samego siebie, iż może powiedzieć: cudzy ból jest dla mnie ważniejszy niż własny, z miejsca wpada w tę „łatwość”, która jest matką werbalizmu i wszystkich ogólników, i wszystkiego zbyt gładkiego uwznioślenia. Jeśli o mnie idzie – nie, nidgy, przenigdy. Ja jestem.

Witold Gombrowicz – Dziennik 1953-1956