Wódeczka

Współczesne społeczeństwo opiera się całkowicie na wyzysku ogromnych rzesz klasy robotniczej przez znikomą mniejszość ludności, należącą do klasy właścicieli ziemskich i klasy kapitalistów. Jest to społeczeństwo niewolnicze, albowiem „wolni” robotnicy, którzy przez całe życie pracują na kapitał, „mają prawo” jedynie do takich środków egzystencji, jakie niezbędne są do utrzymania przy życiu wytrwarzajacych zysk niewolników, do zabezpieczenia i uwiecznienia niewolnictwa kapitalistycznego.

Religia jest jedną z odmian ucisku duchowego, która wszędzie dławi masy ludowe, przytłoczone wieczną pracą dla innych, biedą i osamotnieniem. Bezsilność klas wyzyskiwanych w walce z wyzyskiwaczami równie nieuchronnie rodzi wiarę w lepsze życie pozagrobowe, jak bezsilność dzikusa w walce z przyrodą rodzi wiarę w bogów, diabłów, cuda itp. Tego, kto przez całe życie pracuje i cierpi nędzę, uczy religia pokory i cierpliwości w życiu ziemskim, pocieszając nadzieją nagrody w niebie.

Religia – to opium ludu. Religia – to rodzaj duchowej gorzałki, w której niewolnicy kapitału topią swe ludzkie oblicze, swoją potrzebę życia, które by choć trochę było godne człowieka.

W. I. Uljanow – Socjalizm a religia

Dramat w pięciu aktach

Nie ma niczego zdumiewającego, czy też niezwykłego, w odgrywaniu religijnego mitu. Faktycznie, można by się spodziewać od chrześcijan imitowania pogaństwa i dramatyzowania Narodzenia, Świętej Wieczerzy, Ukrzyżowania i Zmartwychwstania. Paralele są tu jasne, ale musimy jeszcze ustalić, jak dramat Wieczerzy Chrystusa, Męki, Zdrady, Rozprawy i Ukrzyżowania faktycznie się narodził. Dowód, jaki przedkładam, znajduje się tuż przed oczyma czytelnika we faktycznej narracji ewangelicznej. Znajdował się on tam od zawsze, ale uprzedzenia spowodowane wiekowymi wierzeniami zabraniały zarówno wiernym, jak i niewiernym, dostrzeżenie tego dowodu.

Jak głosi opowieść, Jezus bierze udział wraz ze swymi uczniami w wieczerzy paschalnej. Po bardzo krótkim dialogu odśpiewują oni hymn i podążają w ciemności na Górę Oliwną. Nie wspomina się o niczym, co mogło się wydarzyć lub być mówione po drodze. Scena się po prostu zmienia w scenę na Górze i tam zaczyna się nowa akcja i dialog. Lekka zmiana sceny – i znów bez żadnej aluzji co do jakiejkolwiek rozmowy po drodze – jesteśmy w ogrodzie Getsemanii. Drobny szczegół odnośnie separacji Jezusa od swych uczniów i odejście z trzema z nich, wskazuje zwięźle w oczywisty sposób aranżację dramatyczną, poprzez którą Judasz – będący do tej pory razem ze wszystkimi – ma szansę zniknięcia ze sceny.

W scenie Męki dramatyczne początki akcji powtórnie się uwydatniają. Trzykrotnie Jezus modli się, podczas gdy jego uczniowie śpią. Nikt nie jest więc w stanie zanotować jego słów – niezgodność, która nie wydarzyłaby się, gdyby opowieść była pierwotnie skomponowania tylko do czytania. Na scenie, jednakże, taka trudność w ogóle nie powstaje, gdyż taka samotna modlitwa byłaby słyszana przez publiczność jako monolog.

Potem zaś, bez najmniejszego wyjaśnienia co do tego, co porabiał w przerwie, Judasz wkracza na scenę, dokładnie jak zdarzyło by się to na scenie. Z niemożliwą ciągłością akcja toczy się poprzez noc. Byłoby to zupełnie niepotrzebnym za wyjątkiem dramatycznej fikcji, gdzie jedność czasu – arystotelesowskie ograniczenie akcji w ramach około 24 godzin – była rządzącą zasadą. Jezus jest zabrany w ciemnościach do domu wysokiego kapłana, gdzie zebrała się już razem starszyzna. Fakt, że cały proces sądzenia miał miejsce pośrodku nocy, wskazuje na jego niehistoryczny charakter. Piotr pozostaje na scenie, zapiera się swego pana i oskarżony jest o zdradę poprzez pianie koguta. O tym, co dzieje się z Bogiem-człowiekiem w przerwie, nie ma ani słowa, chociaż to właśnie w tym miejscu nie-dramatyczna narracja powinna śledzić go jak najściślej.

Sceny Ukrzyżowania i Zmartwychwstania, a nawet ostateczne jego pojawienie się w Galilei, są ułożone u Mateusza tak, jakby miały być zaprezentowane na scenie. Ewangelia kończy się nagle słowami zmartwychwstałego Pana. Tam gdzie się kończy gra, urywa się i narracja.

Mamy wtedy klasyczne pięć aktów: 1) Wieczerza, 2) Agonia i Zdrada na Górze, 3) Rozprawa w domu wyższego kapłana, 4) Rozprawa u Piłata, 5) Ukrzyżowanie. Jeśli przypuścimy, że miała to być jedna, ciągła gra, zmartwychwstanie mogło być odrębną akcją o pięciu scenach: 1) usunięcie ciała przez Józefa, 2) pogrzeb, 3) umieszczenie straży żołnierskiej, 4) nadejście kobiet i mowa anioła, 5) pojawienie się zmartwychwstałego Pana. Przemienienie posiada każdą cechę dramatycznej reprezentacji na sposób pogańskich misteriów.

William Robertson Smith – Pogańscy Mesjasze

Z okazji

Jaki jest stosunek dwóch substancji, materii i duszy? Skoro substancje te są toto genere różne, to nie mogą oddziaływać jedna na drugą. Jakże myśl nierozciągła mogłaby działać na rozciągłą materię, i odwrotnie? Gdzież mogłyby wejść ze sobą w styczność? Wprawdzie wydaje nam się, iż obserwujemy ich wzajemne oddziaływanie, jest to wszakże złudzenie.

Substancja stworzona może tylko podlegać działaniu, ale nie może sama działać. I nic w tym nie ma dziwnego, bo działanie jest tworzeniem, a tworzenie jest właściwe tylko Bogu. Przypisywanie stworzeniu zdolności sprawczych jest puścizną filozofii pogańskiej, która przeniosła na stworzenie to, co jest tylko przywilejem Boga. Jeśli zachodzi między nimi związek, to jedynie przez pośrednictwo Boże. To tylko z okazji zmian dokonywających się w materii Bóg sprawia zmiany w duszy, i odwrotnie, z okazji zmian w duszy Bóg sprawia odpowiednie zmiany w materii: stąd nazwa „okazjonalizmu” dla tej teorii. Nigdy dualizm duszy i ciała nie był posunięty dalej niż w niej.

Nie ma między rzeczami związków przyczynowych. Wszystko, co się dzieje, ma swoją przyczynę nie w rzeczach, lecz w Bogu, tylko Bóg jest przyczyną, bo tylko On może działać. Człowiek zaś nie więcej jest zdolny do działania niż inne przedmioty stworzone; nie człowiek porusza własną ręką, nie on oddycha i nie on mówi; Bóg porusza jego ramieniem nawet wtedy, gdy on posługuje się nim wbrew Jego rozkazom. Świat nie stanowi więc zespolonej całości; jest mnogością nie związanych ze sobą rzeczy; tylko bowiem działanie mogłoby je wiązać, one zaś są bezwładne. Rzeczy związane są tylko z Bogiem, skąd pochodzi w świecie konieczność związków i regularność wydarzeń, a nie są związane między sobą.

System Malebranche’a przedstawiał, z niezwykłą tylko konsekwencją, myśl, która w metafizyce nie była niezwykła, lecz przeciwnie, dla ogromnego jej odłamu była myślą przewodnią: że wszystko, co jest, bierze swój początek nie z bytu skończonego, lecz z nieskończonego, absolutnego i boskiego. Co więcej, nie tylko wszystko wywodzi się z Boga, ale wszystko zmierza doń z powrotem. Choć powierzchowna obserwacja mówi co innego, ale w gruncie rzeczy nasze skłonności wiodą do tego, co doskonałe, czyli do Boga. Stają się złe, gdy się od tego naturalnego kierunku odchylają.

Władysław Tatarkiewicz – Historia filozofii

Odbicie samego siebie

Krytyka religii jest już w zasadniczych zarysach ukończona; a przecież krytyka religii stanowi przesłankę wszelkiej krytyki. Człowiek, który w fantastycznej rzeczywistości nieba, gdzie szukał nadczłowieka, znalazł tylko odbicie samego siebie, nie zechce już zadawalać się znajdowaniem tylko pozoru siebie samego, tylko nieczłowieka, kiedy poszukuje i poszukiwać powinien prawdziwej swej rzeczywistości.

Religia jest to mianowicie samowiedza i poczucie samego siebie u człowieka, który bądź siebie jeszcze nie odnalazł, bądź już znów zagubił. Ale człowiek – to nie jest istota oderwana, istniejąca gdzieś poza światem. Człowiek – to świat człowieka, państwo, społeczeństwo. To państwo, to społeczeństwo stwarzają religię, odwróconą na opak świadomość świata, są one bowiem same odwróconym na opak światem. Religia jest urzeczywistnieniem istoty ludzkiej w fantazji, dlatego że istota ludzka nie posiada prawdziwej rzeczywistości.

Religia jest westchnieniem uciśnionego stworzenia, sercem nieczułego świata, jest duszą bezdusznych stosunków. Religia jest opium ludu. Prawdziwe szczęście ludu wymaga zniesienia religii jako urojonego szczęścia ludu. Wymagać od kogoś porzucenia złudzeń co do jego sytuacji to znaczy wymagać porzucenia sytuacji, która bez złudzeń obejść się nie może. Krytyka religii jest więc w zarodku krytyką tego padołu płaczu, gdyż religia jest nimbem świętości tego padołu płaczu.

Krytyka zniszczyła urojone kwiaty, upiększające kajdany, nie po to, by człowiek dźwigał kajdany bez ułud i bez pociechy, ale po to, by zrzucił kajdany i rwał kwiaty żywe. Krytyka religii uwalnia człowieka od złudzeń po to, by myślał, działał, kształtował własną rzeczywistość jako człowiek, który wyzbył się złudzeń i doszedł do rozumu; aby obracał się dokoła samego siebie, a więc dokoła swego rzeczywistego słońca. Religia jest jedynie urojonym słońcem, które dopóty obraca się dokoła człowieka, dopóki człowiek nie obraca się dokoła samego siebie.

Teoria zdolna jest porwać masy, kiedy dostarcza dowodów ad hominem, dowodzi zaś ad hominem, kiedy staje się radykalna. Być radykalnym znaczy to sięgnąć do korzeni rzeczy. Lecz dla człowieka korzeniem jest sam człowiek.

Karol Marks – Przyczynek do krytyki heglowskiej filozofii prawa

Obłęd

Torowanie nowych dróg myśli, łamanie uświęonych zabobonów i zwyczajów jest niemal wszędzie dziełem obłędu. Coś, co samego nowej myśli przedstawiciela nie napawało wyrzutami sumienia, lecz czcią i grozą, zniewalało go, by zostawał prorokiem i męczennikiem.

„Jak zostać obłąkanym, gdy się nim nie jest i nie śmie się obłędu udawać”? – nad tą okropną myślą zastanawiali się niemal wszyscy wybitniejsi ludzie dawniejszych cywilizacji; wytworzyła się w ten sposób tajemna nauka o środkach i wskazaniach dietetycznych oraz rozwinęło się uczucie niewinności, ba, nawet świętości takich rozmyślań i zamiarów. Przepisy jak zostać u Indian znachorem, u chrześcijan średniowiecznych świętym, u Grenlandczyków angekokiem, u Brazylijczyków pajem, są w istocie te same: niedorzeczne posty, nieustanna powściągliwość płciowa, pobyt na pustyni, wstępowanie na góry lub na słupy.

Któż odważy się zajrzeć w pustkowie najboleśniejszych i najniepotrzebniejszych mąk duchowych, w których niszczeli po wszystkie czasy snadź najpłodniejsi ludzie! Posłuchać takich westchnień tych samotnych i rozdartych dusz:

Ach, ześlijcież obłęd, bogowie!
Obłęd, bym uwierzył wreszcie w siebie!
Dajcie drgawki i szały, nagłe ciemności i olśnienia,
zatrwóżcie ziąbem i żarem, jakiego nie doznał jeszcze
żaden śmiertelny, zgiełkiem i pojawieniem się widziadeł,
sprawcie, bym wył, skomlał i pełzał jak zwierz:
lecz niech uwierzę w siebie!

Targa mną zwątpienie, zabiłem prawo,
prawo przeraża mnie gdyby trup człowieczy;
jeślim nie wart więcej od tego prawa,
to jestem najnikczemniejszym ze wszystkich ludzi.
Skądże pochodzi ten nowy duch, który jest we mnie,
jeżeli nie od was? Dowiedźcież mi, żem wasz;
jeno obłęd dowiedzie mi tego.

I niestety, żarliwość ta aż nazbyt często dopinała celu: w czasach, kiedy rzekomym dowodem na korzyść chrześcijaństwa była największa ilość pustelników i świętych, istniały w Jerozolimie wielkie domy obłąkanych dla wykolejonych świętych.

Fryderyk Nietzsche – Jutrzenka. Myśli o przesądach moralnych