Urlop

Pogrążony w czasie, do siebie jako do istoty niepodległej czasowi wiecznie tęskniący, człowiek czuje się zagrożony przemijaniem i niewiadomą nicością jutra. Nie uświadamiając sobie tego, chce uciec od siebie, o sobie samym zapomnieć. By nie czuć się osamotniony i obcy w świecie, stwarza sobie fikcję obowiązku wobec czegoś, czego właściwie nie ma, co jest nieważne, ale co sam sobie wytworzył i czemu – nie przyznając się do tego – nadaje pozór doniosłości i istnienia. Odłogiem pozostawia samego siebie, by służyć czemuś innemu. Zamiast być przez pozostanie przy sobie, przez uchwycenie siebie w każdym bólu i w każdej radości, i w każdym wysiłku i zwycięstwie, zatraca się bezpowrotnie. Nie wie, jak wiele traci. Myśli, że buduje świat dookoła siebie i siebie w tym świecie, a tymczasem tłumi tylko własny lęk przed grożącą mu pustką.

Jest głęboko nieszczęśliwy, gdy czuje się w jakiejś sytuacji sprowadzony do poziomu zwierzęcia lub gdy widzi, że wszystkie jego siły i cały wysiłek nie pozwalają mu przekroczyć naprawdę granic wyznaczonych przez Przyrodę. Poczyna tedy żyć ponad stan swych sił i swoją naturę przyrodzoną: tworzy sobie nowy świat, nową rzeczywistość dokoła siebie i w sobie samym. Zmienia Przyrodę ujarzmiając ją (rolnictwo, technika) i nadaje jej zarazem pewien sens, którego ona sama w sobie nie posiada. Tworzy dzieła sztuki – literatury, muzyki itd. – stwarza naukę, filozofię, religię a także historię samego siebie i ludzkości.

Całe bogactwo różnych wartości rozpościera się wówczas przed jego oczyma i zobowiązuje go do różnych czynów wobec jego bliźnich, wobec przyjaciół i wrogów. Życie jego zaczyna mieć jakieś zadanie i cel i nabywa pewnego sensu i znaczenia, którego nie miało w samej pierwotnej Naturze. Życie to staje się odpowiedzialne. Człowiek zdobywa zasługi i obciąża się winami. Żyje w świecie odmiennym od Natury i prawie całkiem zapomina, że u podłoża całej tej nowej rzeczywistości kryje się Natura obojętna na wszelką wartość i nieczuła na szczęście i niedolę człowieka.

Człowiek tak żyjąc może być szczęśliwy i dobry i może uzyskać styczność z czymś, co mu się wydaje czymś większym i doskonalszym niż on sam i niż cała ludzkość i co przewyższa wszelkie idee i najszlachetniejsze ideały człowieka, a także wszelkie doskonałości bytu skończonego w ogóle, to jest z Bogiem. Jest przeto gotów poświęcić swe życie i nawet samo swe istnienie dla realizowania ideałów w poczuciu pełnej odpowiedzialności wobec Boga.

Zapomina, że jego byt i jego życie zależy od tego, co się dzieje w Przyrodzie, i myśli, że może przewyższyć i zwyciężyć samą Naturę. I jedynie od czasu do czasu przypomina sobie swą własną naturę zwierzęcia, w której nie może rozpoznać samego siebie.

Roman Ingarden – Książeczka o człowieku

Dwa wyjścia

Duch mój jest jakby czczą ramą, obejmującą zatarte obrazy; wydaje mi się on skrzynką do zjawisk, podmiotem bez określonej indywidualności. Fantasmagoria duszy kołysze mnie, niby joga pustelnika indyjskiego; wszystko staje się dla mnie dymem, parą, iluzją, nawet własne me życie.

Wszelka cywilizacja jest jakby snem, trwającym tysiąc lat, w którym niebo i ziemia, natura i historia ukazują się w świetle fantastycznym i przedstawiają dramat, wytworzony przez halucynacje duszy.

Sceptycyzm jest może najrozumniejszym stanowiskiem, ale, wyzwalając nas od błędu, zabija on życie. Dojrzałość umysłu polega, być może, na tym, ażeby dobrowolnie brać udział w przymusowej grze życia, zachowując pozory kogoś, co grę tę traktuje poważnie. Taka dobrowolna rezygnacja, uzupełniona przez lekki uśmiech ironii, zachowuje nam przynajmniej pozory swobody. Kto wpadł już w potrzask życia, powinien los swój znosić pogodnie; opór nie prowadzi do niczego, co najwyżej – do szaleństwa. Rezygnacja pełna pokory – czyli stanowisko religii – lub też pogodne rozczarowanie z pewną domieszką ironii – oto jedyne dwa wyjścia.

Henri Frédéric Amiel – Dziennik osobisty

Wykidajło

Jak daleko sięgam pamięcią, granica między fantazją a rzeczywistością była u mnie zawsze beznadziejnie zamazana. Potrzebowałem niemal całego życia, by zrozumieć, że właśnie w tym tkwi klucz do istoty mej egzystencji. To zatarcie stało się wprawdzie przyczyną wielu zmartwień, spięć, rozczarowań, a nawet prawdziwych katastrof życiowych, ale również otworzyło przede mną drzwi, które w przeciwnym razie pozostałyby na zawsze zamknięte. Chłopcu dorastającemu w komunistycznej Polsce sztuka i poezja, fantazja i marzenia wydawały się o wiele bardziej realne niż ciasne granice świata, w którym rósł. Już we wczesnej młodości uświadomiłem sobie, że zasadniczo różnię się od otaczających mnie ludzi. Żyłem w osobnym, własnym świecie, wyczarowanym przez wyobraźnię.

Po raz pierwszy od Noża w wodzie znalazłem się w Europie Wschodniej. Marnie ubrani ludzie, charakterystyczny smród niskooktanowej benzyny i taniego tytoniu, chamstwo i obojętność telefonistek na obskurnej poczcie – nagle przypomniało mi się wszystko. Raz czy dwa zatrzymałem się w nocy w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Jedynym otwartym lokalem okazała się nocna knajpa w jakimś małym miasteczku, ale wykidajło nie wpuścił mnie: uznał z góry, że – jak wszyscy – jestem pijany. O czwartej nad ranem zaczęły ustawiać się przed sklepami mięsnymi cierpliwie czekające na mrozie kolejki.

Kiedy żyłem okropnie samotny, z niepewną przyszłością, coś pchnęło mnie na drogę, którą później potoczyły się moje losy. Jak to się stało? Co sprawiło, że zmierzyłem się z moim wyimaginowanym światem i uczyniłem z niego świat prawdziwy? Czy źródłem tego mógł być popęd płciowy? Zdaje mi się raczej, że moje eskapady, szaleństwa i cała siła zrodziły się z radosnego przeczucia darów, jakie może przynieść życie. Uwielbiam błaznować, stroić miny na scenie świata. Ojciec wyrzucał mi zawsze, że trwonię pieniądze i nie potrafię uporządkować sobie życia. Nie żałuję forsy, którą przepuściłem. To odpychające być najbogatszym z cmentarza. Moja chłopięca naiwność i lojalność dużo mnie w życiu kosztowały, a moja wzrastająca nieufność okazała się również zabójcza dla mnie samego. Zdaję sobie sprawę, że w oczach wielu ludzi uchodzę za złośliwego i zdemoralizowanego gnoma.

Roman by Polański

Królestwo

Jeśli cokolwiek rozumiem z tego wielkiego symbolisty, to to, że tylko wewnętrzną rzeczywistość brał za rzeczywistość, za prawdę — że resztę, wszystko, co naturalne, czasowe, przestrzenne, historyczne, rozumiał tylko jako znak, jako sposobność do przenośni. Nie ma nic bardziej niechrześcijańskiego od kościelnych surowizn o Bogu jako o osobie, o królestwie bożym, które przyjdzie; o królestwie niebieskim za światem, o synu bo­żym, drugiej osobie Trójcy.

Królestwo niebieskie jest stanem serca — nie czymś, co przyjdzie ponad ziemią lub po śmierci. Kró­lestwo boże nie jest czymś, czego się oczekuje; nie ma ono żadnego wczoraj ni pojutrza, nie przyjdzie za tysiąc lat — jest ono doświadczeniem serca; istnieje wszędzie, nie istnieje nigdzie.

Fryderyk Nietzsche – Przemiany wszystkich wartosci

Smutek tropików

Ludzie stworzyli trzy wielkie religie, aby uwolnić się od prześladowania przez zmarłych, od złej mocy zaświatów i niepokoju magii. W odstępach mniej więcej połowy tysiąclecia stworzyli kolejno buddyzm, chrześcijaństwo i islam. Uderzające jest, że żaden z tych etapów nie stanowi postępu, lecz świadczy raczej o cofaniu się.

Nie ma zaświatów dla buddyzmu: wszystko sprowadza się do krytyki tak radykalnej, do jakiej ludzkość nie okazała się już odtąd zdolna; w rezultacie tej krytyki mędrzec dochodzi do zaprzeczenia sensu istot i rzeczy: jest to dyscyplina, która obala wszechświat i siebie samą jako religię. Ustępując znowu wobec strachu, chrześcijaństwo przywraca zaświaty, ich nadzieję, groźby i sąd ostateczny. Islamowi pozostaje tylko związać ten świat z tamtym: oba światy, doczesny i duchowy, są złączone. Porządek społeczny stroi się w świetność porządku nadprzyrodzonego, polityka staje się teologią.

Człowiek tworzy wielkie dzieła tylko na początku; w każdej dziedzinie pełną wartość ma jedynie pierwszy krok, następne są już niezdecydowane i pełne poprawek.

Czegóż innego nauczyłem się w istocie od profesorów, których słuchałem, filozofów, których czytałem, społeczeństw, które odwiedziłem, a nawet od wiedzy, którą Zachód tak się szczyci, jeśli nie okruchów nauki, odtwarzających po ich złożeniu rozmyślania Buddy u stóp drzewa. Każdy wysiłek w celu zrozumienia niszczy przedmiot, do którego byliśmy przywiązani, na rzecz przedmiotu o innej naturze: ten ostatni wymaga od nas nowego wysiłku, który go obala na rzecz trzeciego, i tak dalej, dopóki nie dojdziemy do jedynej trwałej obecności, tej, w której zanika różnica między sensem i brakiem sensu, tej samej, z której wyszliśmy. Oto minęło dwa i pół tysiąca lat, od kiedy ludzi odkryli i sformułowali te prawdy.

Odtąd nie znaleźliśmy niczego nowego, chyba – wypróbowując jedne po drugich wszystkie drzwi wyjściowe – tyleż dodatkowych dowodów tego wniosku, od którego pragnęlibyśmy uciec.

Claude Lévi-Strauss – Smutek tropików