Wykidajło

Jak daleko sięgam pamięcią, granica między fantazją a rzeczywistością była u mnie zawsze beznadziejnie zamazana. Potrzebowałem niemal całego życia, by zrozumieć, że właśnie w tym tkwi klucz do istoty mej egzystencji. To zatarcie stało się wprawdzie przyczyną wielu zmartwień, spięć, rozczarowań, a nawet prawdziwych katastrof życiowych, ale również otworzyło przede mną drzwi, które w przeciwnym razie pozostałyby na zawsze zamknięte. Chłopcu dorastającemu w komunistycznej Polsce sztuka i poezja, fantazja i marzenia wydawały się o wiele bardziej realne niż ciasne granice świata, w którym rósł. Już we wczesnej młodości uświadomiłem sobie, że zasadniczo różnię się od otaczających mnie ludzi. Żyłem w osobnym, własnym świecie, wyczarowanym przez wyobraźnię.

Po raz pierwszy od Noża w wodzie znalazłem się w Europie Wschodniej. Marnie ubrani ludzie, charakterystyczny smród niskooktanowej benzyny i taniego tytoniu, chamstwo i obojętność telefonistek na obskurnej poczcie – nagle przypomniało mi się wszystko. Raz czy dwa zatrzymałem się w nocy w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Jedynym otwartym lokalem okazała się nocna knajpa w jakimś małym miasteczku, ale wykidajło nie wpuścił mnie: uznał z góry, że – jak wszyscy – jestem pijany. O czwartej nad ranem zaczęły ustawiać się przed sklepami mięsnymi cierpliwie czekające na mrozie kolejki.

Kiedy żyłem okropnie samotny, z niepewną przyszłością, coś pchnęło mnie na drogę, którą później potoczyły się moje losy. Jak to się stało? Co sprawiło, że zmierzyłem się z moim wyimaginowanym światem i uczyniłem z niego świat prawdziwy? Czy źródłem tego mógł być popęd płciowy? Zdaje mi się raczej, że moje eskapady, szaleństwa i cała siła zrodziły się z radosnego przeczucia darów, jakie może przynieść życie. Uwielbiam błaznować, stroić miny na scenie świata. Ojciec wyrzucał mi zawsze, że trwonię pieniądze i nie potrafię uporządkować sobie życia. Nie żałuję forsy, którą przepuściłem. To odpychające być najbogatszym z cmentarza. Moja chłopięca naiwność i lojalność dużo mnie w życiu kosztowały, a moja wzrastająca nieufność okazała się również zabójcza dla mnie samego. Zdaję sobie sprawę, że w oczach wielu ludzi uchodzę za złośliwego i zdemoralizowanego gnoma.

Roman by Polański

Królestwo

Jeśli cokolwiek rozumiem z tego wielkiego symbolisty, to to, że tylko wewnętrzną rzeczywistość brał za rzeczywistość, za prawdę — że resztę, wszystko, co naturalne, czasowe, przestrzenne, historyczne, rozumiał tylko jako znak, jako sposobność do przenośni. Nie ma nic bardziej niechrześcijańskiego od kościelnych surowizn o Bogu jako o osobie, o królestwie bożym, które przyjdzie; o królestwie niebieskim za światem, o synu bo­żym, drugiej osobie Trójcy.

Królestwo niebieskie jest stanem serca — nie czymś, co przyjdzie ponad ziemią lub po śmierci. Kró­lestwo boże nie jest czymś, czego się oczekuje; nie ma ono żadnego wczoraj ni pojutrza, nie przyjdzie za tysiąc lat — jest ono doświadczeniem serca; istnieje wszędzie, nie istnieje nigdzie.

Fryderyk Nietzsche – Przemiany wszystkich wartosci

Smutek tropików

Ludzie stworzyli trzy wielkie religie, aby uwolnić się od prześladowania przez zmarłych, od złej mocy zaświatów i niepokoju magii. W odstępach mniej więcej połowy tysiąclecia stworzyli kolejno buddyzm, chrześcijaństwo i islam. Uderzające jest, że żaden z tych etapów nie stanowi postępu, lecz świadczy raczej o cofaniu się.

Nie ma zaświatów dla buddyzmu: wszystko sprowadza się do krytyki tak radykalnej, do jakiej ludzkość nie okazała się już odtąd zdolna; w rezultacie tej krytyki mędrzec dochodzi do zaprzeczenia sensu istot i rzeczy: jest to dyscyplina, która obala wszechświat i siebie samą jako religię. Ustępując znowu wobec strachu, chrześcijaństwo przywraca zaświaty, ich nadzieję, groźby i sąd ostateczny. Islamowi pozostaje tylko związać ten świat z tamtym: oba światy, doczesny i duchowy, są złączone. Porządek społeczny stroi się w świetność porządku nadprzyrodzonego, polityka staje się teologią.

Człowiek tworzy wielkie dzieła tylko na początku; w każdej dziedzinie pełną wartość ma jedynie pierwszy krok, następne są już niezdecydowane i pełne poprawek.

Czegóż innego nauczyłem się w istocie od profesorów, których słuchałem, filozofów, których czytałem, społeczeństw, które odwiedziłem, a nawet od wiedzy, którą Zachód tak się szczyci, jeśli nie okruchów nauki, odtwarzających po ich złożeniu rozmyślania Buddy u stóp drzewa. Każdy wysiłek w celu zrozumienia niszczy przedmiot, do którego byliśmy przywiązani, na rzecz przedmiotu o innej naturze: ten ostatni wymaga od nas nowego wysiłku, który go obala na rzecz trzeciego, i tak dalej, dopóki nie dojdziemy do jedynej trwałej obecności, tej, w której zanika różnica między sensem i brakiem sensu, tej samej, z której wyszliśmy. Oto minęło dwa i pół tysiąca lat, od kiedy ludzi odkryli i sformułowali te prawdy.

Odtąd nie znaleźliśmy niczego nowego, chyba – wypróbowując jedne po drugich wszystkie drzwi wyjściowe – tyleż dodatkowych dowodów tego wniosku, od którego pragnęlibyśmy uciec.

Claude Lévi-Strauss – Smutek tropików