Zabawa w chowanego

Oto przypowieść, alegoria, która pochodzi z Indii, z Upaniszad i ma już kilka tysięcy lat. W symboliczny sposób udziela ona odpowiedzi na podstawowe pytanie dla wszystkich religii i filozofii (kim jestem i czym to jest?), a czyni to w sposób przystępny dla każdego.

Na początku świata był tylko Brahma. Ponieważ był on wszystkim, co w ogóle istniało, przez to w pełni znał siebie samego. Brahma wnet zdał sobie sprawę, że ta pełnia świadomości w końcu staje się nieznośna… gdy wiesz wszystko, co można wiedzieć, to nie ma już zaskoczenia i nic nie może cię zachwycić. To jak czytanie tej samej książki siedemdziesiąt osiem milionów razy. W każdym razie, ponieważ był on wszechmocny, wszechwiedzący oraz  wszechobecny, Brahma postanowił stworzyć przeciwwagę dla siebie samego, aby w ten sposób wprowadzić element zaskoczenia, intrygi i dramaturgii dla własnej egzystencji. Pomyślał:

Co by było, gdyby zapomnieć, kim naprawdę jestem?

Wymyślił zatem kosmiczną zabawę w chowanego. Zgodnie z zasadami tej gry, Brahma najpierw wydzielił z całości części siebie samego, tak że wszelkie byty stały się z pozoru odrębne. W tej części zabawy „schował się”. Następnie jako odrębna świadomość każdej z tych pozornie wydzielonych części – poprzez ich niby niezależny, indywidualny punkt widzenia – „poszukaje” on sposobu by odkryć, kim naprawdę jest, czyli oczywiście – że jest wszystkim.

Wyobraź sobie, że widzisz siebie z nieskończonej ilości różnych perspektyw, z których każda jest początkowo nieświadoma jej związku z całą resztą. Wyobraź sobie, że chodzisz spać i śnisz inne życie każdej nocy, zawsze trwające mniej lub więcej lat, za każdym razem z pełnym zakresem i różnorodnością życia emocjonalnego oraz szczegółów śmierci. Wyobraź sobie, że masz ten sam sen, ale odgrywasz w nim inną rolę każdej nocy, widząc za każdym razem różnymi oczami. No więc zgadnij, kim są te pozornie oddzielne części? Ponieważ istnieje tylko jeden „Ja Jestem” we wszechświecie, jedna świadomość, to wszystko jest zabawą w chowanego i każdy z nas jest w takim samym stanie: Ja jestem Tym i Ty jesteś Tym.

Roger Stephens – Niebezpieczna książka

Matka

Kult Wielkiej Matki Bogów i jej kochanka czy też syna był bardzo rozpowszechniony za czasów Cesarstwa Rzymskiego. Kult ten przetrwał wprowadzenie chrześcijaństwa przez Konstantyna, a za czasów Augustyna jej zniewieścieli kapłani wciąż jeszcze paradowali drobnym kroczkiem po uliach i placach Kartaginy, z napudrowanymi twarzami i perfumowanymi włosami, prosząc przechodniów o  jałmużnę, podobnie jak mnisi żebrzący w wiekach średnich. Religia Wielkiej Matki, stanowiąca dziwaczną mieszaninę prymitywnego barbarzyństwa i aspiracji życia duchowego była zaledwie jedną spośród wielkiej rzeszy podobnych wschodnich kultów, które u schyłku pogaństwa rozprzestrzeniły się w Cesarstwie Rzymskim, karmiąc ludy europejskie obcymi ideałami, stopniowo podkopującymi całą strukturę starożytnej cywilizacji.

Społeczeństwo greckie i rzymskie zbudowane było na koncepcji podporządkowania jednostki społeczeństwu, obywatela państwu. Obywatele, od dzieciństwa wychowywani w tym altruistycznym duchu, poświęcali swe życie służbie publicznej i byli gotowi złożyć je dla wspólnego dobra i przez myśl im nawet nie przechodziło, by ktokolwiek mógł nie uznać za nikczemne postawienia własnego życia ponad dobro ojczyzny.

Wszystko to uległo zmianie wraz z rozpowszechnieniem religii wschodnich uczących, że komunia duszy z Bogiem i jej wieczne zbawienie są jedynym celem, dla którego warto żyć, celem, w porównaniu z którym dobrobyt, a nawet istnienie państwa traciły wszelkie znaczenie. Nieuniknionym skutkiem tej egoistycznej i niemoralnej doktryny było oderwanie wiernego od służby publicznej, skupienie jego myśli na własnych przeżyciach duchowych i wykształcenie w nim pogardy dla życia doczesnego, będącego w jego oczach jedynie próbą przed życiem lepszym i wiecznym. W powszechnym przekonaniu święty i pustelnik stali się najszczytniejszymi ideałami ludzkości. Zajęli oni miejsce dawnego ideału patrioty i bohatera, który nie myśląc o sobie żyje i gotów jest umrzeć dla swego kraju. Ziemskie państwo wydawało się biedne i godne pogardy w oczach ludzi, którzy dostrzegali w obłokach niebieskich nadejście państwa bożego.

Tak oto środek ciężkości przesunął się z życia doczesnego na przyszłe, i bez względu na to, ile na tym zyskał inny świat, nie ulega prawie żadnej wątpliwości, że ten stracił wiele na tej zmianie. Rozpoczął się ogólny rozkład życia politycznego. Więzy państwa i rodziny rozluźniły się. Społeczeństwo zaczęło rozpadać się na poszczególne elementy i wracać w ten sposób do barbarzyństwa. Ludzie nie chcieli bronić swego kraju, a nawet przedłużać istnienia rodu ludzkiego. W trosce o zbawienie własnej duszy i dusz innych ludzi gotowi byli dopuścić do tego, by zginął otaczający ich świat materialny, który był dla nich równoznaczny z istotą zła.

Obsesja ta trwała przez tysiąc lat. Wskrzeszenie prawa rzymskiego, filozofii arystotelesowskiej, starożytnej sztuki i literatury pod koniec średniowiecza oznaczało powrót Europy do bardziej naturalnych dla niej ideałów życia i postępowania, do zdrowszych, bardziej męskich poglądów na świat. Skończył się długi postój, który przerwał marsz cywilizacji. Nareszcie odwróciła się fala wschodniej inwazji. Wciąż jeszcze się cofa.

James George Frazer – Złota gałąź
Wschodnie religie na Zachodzie

Anarchista

Mię­dzy chrześcijaninem i anarchistą można położyć znak równości: ich cel, ich instynkt dąży do zburzenia. Owi święci anarchiści zrobili sobie »bogobojność« z tego, by zburzyć »świat«, to znaczy Imperium Romanum, aby nie został kamień na kamieniu, aż Germanie i inne chamy stali się panami gruzów. Chrześcijanin i anarchista: obaj décadents, obaj niezdolni działać inaczej, niż rozprzęgając, trując, zaprawiając goryczą, wysysając krew, obaj z instynktem śmiertelnej nienawiści do wszystkiego, co stoi, co jest wielkie, jest trwale, co życiu przyszłość przyrzeka.

To tajemne robactwo, przypełzające wśród nocy, mgły i dwuznaczności do wszystkich jednostek i wysysające z każdej jednostki powagę w sprawie rzeczy prawdziwych, instynkt w ogóle do rzeczy realnych, ta tchórzliwa, niewieścia i cukrowo-słodka zgraja czyniła stopniowo »dusze« obcymi tej niezmiernej budowie, — owe wartościowe, męsko-dostojne natury, które w sprawie Rzymu czuły swą własną powagę, swą własną dumę. Potulne skradanie się, tajemniczość konwentyklów, posępne wyobrażenia, jak piekło, jak ofiara z niewinnego, jak unio mystica w piciu krwi, przede wszystkiem powolne podniecanie ognia zemsty, zemsty czandali, — to stało się panem Rzymu, ten sam rodzaj religii, który zwalczał już Epikur w jego przedistnieniowej formie.

Trzeba czytać Lukrecjusza, by pojąć, co zwalczał Epikur, nie pogaństwo, lecz »chrześcijaństwo«, to znaczy zepsucie dusz pojęciem winy, kary i nieśmiertelności. — Zwalczał podziemne kulty, całe chrześcijaństwo w stanie utajonym, — przeczyć nieśmiertelności było wtedy już prawdziwym zbawieniem. — I Epikur byłby zwyciężył, każdy szanowny duch w państwie rzymskim był Epikurejczykiem: wtedy zjawił się Paweł…

Paweł, w ciało i geniusz zmieniona nienawiść czandali do Rzymu, do świata, Żyd wieczny par excellence… Odgadł on, w jaki sposób można przy pomocy małego, sekciarskiego ruchu chrześcijańskiego na uboczu judaizmu wzniecić »pożar świata«, w jaki sposób można z pomocą symbolu »Boga na krzyżu« skupić w ogromną moc wszystko u dołu leżące, wszystko tajemnie buntownicze, całe dziedzictwo anarchistycznych wichrzeń w państwie.

Na zrozumieniu tego polega geniusz Pawła. Instynkt jego był w tym tak pewny, że wszystkie wyobrażenia, którymi czarowały owe religie czandalów, włożył z bezlitosnym pogwałceniem prawdy w usta »Zbawiciela« – swego wynalazku, i nie tylko w usta — że zrobił z niego coś, co zrozumieć mógł także kapłan Mitry. Oto czym była jego droga do Damaszku: pojął on, że potrzebuje wiary w nieśmiertelność, by »świat« pozbawić wartości, że pojęcie »piekła« zapanuje jeszcze nad Rzymem, — że »zaświatem« zabije się życie.

Fryderyk Nietzsche – Antychryst

Māyā

Każda chwila istnieje dlatego tylko, że usunęłą poprzednią, swego ojca, by równie szybko sama zostać usunięta, podobnie jak przeszłość i przyszłość nie mają większego znaczenia niż dowolny sen, a teraźniejszość jest tylko nierozciągłą i nietrwałą granicą między nimi. W istocie stary to pogląd: Heraklit opłakiwał wieczny przepływ rzeczy; Platon zdeprecjonował w nim przedmiot jako coś, co wiecznie się staje, lecz nigdy nie jest; Spinoza mówił o akcydensach tylko jednej substancji, która sama jedynie istnieje i stale jest; Kant to, co tak poznane, przedstawił jako zjawisko jedynie rzeczy samej w sobie; wreszcie prastara mądrość hinduska powiada:

To Māyā, zasłona ułudy, która przesłania oczy śmiertelnikom i zmusza ich, by widzieli świat, o którym nie można rzec ani że jest, ani że go nie ma, bo jest jak sen, jak odblask słońca w piasku, w którym wędrowiec z daleka dostrzega wodę, albo jak rzucona lina, w której widzi węża.

W Wedach i Puranach porównania takie występują w niezliczonych miejscach. Wszyscy oni nic innego nie mieli na myśli i o niczym innym nie mówili.

Artur Schopenhauer – Świata jako przedstawienia pierwsze rozważanie

Diabły

– Mówcie pojedynczo i nierozwlekle! – krzyknął Belzebub – Czym ty się zajmujesz? – zwrócił się najpierw do diabła ulepszeń technicznych.
– Wmawiam w ludzi, że im więcej rzeczy będą wytwarzać i im szybciej będą to robić, tym będą szczęśliwsi. I ludzie marnując życie na produkowanie rzeczy, wytwarzają ich coraz więcej, nie bacząc na to, że rzeczy te ani nie są potrzebne zmuszającym do ich produkowania, ani dostępne dla tych, którzy je produkują.

– Dobrze! A ty? – zapytał Belzebub diabła podziału pracy.
– Ja wmawiam w ludzi, że skoro przedmioty wytwarzać można szybciej za pomocą maszyn niż ręcznie, więc trzeba ludzi przekształcić w maszyny; i to właśnie się robi, a ludzie przekształceni w maszyny, nienawidzą tych, którzy to z nimi zrobili.

– I to dobrze! Jak u ciebie? – rzekł Belzebub, zwracając się do diabła dróg i komunikacji.
– Ja wmawiam w ludzi, że zachodzi potrzeba możliwie najszybszego przemieszczania się z miejsca na miejsce. I ludzie, zamiast ulepszać swe życie każdy na swoim miejscu, spędzają większą jego część w przejazdach. Są bardzo dumni z tego, że w ciągu godziny mogą przejechać 50 wiorst i więcej.

Belzebub pochwalił i tego diabła. Wysunął się z tłumu diabeł sztuki drukarskiej. Jego praca, jak objaśnił, polega na tym, aby jak największej liczbie ludzi zakomunikować wszystkie te paskudztwa i głupstwa, które dzieją się i piszą na świecie.

Diabeł sztuk pięknych objaśnił, że pod pozorem pocieszenia i wzbudzenia u ludzi wzniosłych uczuć, pobłaża ich nałogom, przedstawiając je w ponętnej i atrakcyjnej postaci.

Diabeł medycyny wyjaśnił, że wmawia w ludzi, iż najważniejszą dla nich sprawą jest troska o ciało; ponieważ zaś troska o ciało nie ma końca, więc ludzie troszczący się o swe ciało z pomocą medycyny, zapominają nie tylko o życiu innych ludzi, ale i o swoim własnym.

Diabeł od kultury opisał jak wmawia w ludzi, że korzystanie z tych wszystkich przedmiotów, którymi opiekują się diabły ulepszeń technicznych, podziału pracy, dróg i komunikacji, sztuki drukarskiej, sztuk pięknych, medycyny – stanowi coś w rodzaju cnoty, i że człowiek korzystający z tego wszystkiego może być zupełnie zadowolony z siebie i nie musi starać się być lepszym.

Diabeł wychowania wyjaśnił jak to wmawia w ludzi, że mogą, żyjąc źle i nawet nie wiedząc na czym polega istota dobrego życia, uczyć dzieci dobrego życia.

Diabeł poprawy ludzi opowiedział, jak przekonuje ludzi, że mogą poprawiać innych, nie wyzbywając się uprzednio swych złych przyzwyczajeń.

Diabeł filantropii powiedział, że wmawia ludziom, iż są dobroczynni, grabiąc na pudy i oddając ograbionym na łuty. Dzięki temu nie odczuwają potrzeby doskonalenia się, stają się niedostępni dla dobra.

Diabeł socjalizmu chwalił się, że w imię najdoskonalszej organizacji społeczeństwa ludzkiego, wznieca nienawiść klasową.

Diabeł feminizmu dodał, że dla jeszcze większego udoskonalenia organizacji życia, oprócz nienawiści klasowej, wznieca jeszcze nienawiść pomiędzy ludźmi odmiennej płci.

Lew Tołstoj – Odbudowanie Piekła