Gnuśny dzikus

Człowiek dziki i człowiek żyjący w społeczeństwie tak dalece się różnią w najgłębszych swoich uczuciach i skłonnościach, że to, co dla jednego stanowi najwyższe szczęście, drugiego doprowadziłoby do rozpaczy. Pierwszy pragnie wyłącznie spokoju i wolności; chce on po prostu żyć i nie mieć nic do roboty.

Obywatel, przeciwnie, wciąż czynny, oblewa się potem, miota, dręczy bez przerwy, by sobie znaleźć zajęcia, które jeszcze bardziej go zmęczą; trudzi się i mozoli do śmierci, nawet jej wybiega naprzeciw, byle tylko zdobyć środki do życia, albo wyrzeka się życia dla zyskania nieśmiertelności. Nienawidząc ich, przypochlebia się możnym, a gardząc nimi, bogatym; nie szczędzi nic, aby dopiąć zaszczytu znalezienia się na ich służbie; pyszni się swym poniżeniem i opieką, której od nich doznaje, i, dumny ze swej niewoli, wyniośle odzywa się o tych, którzy z nim nie dzielą tego zaszczytu.

Ileż razy gnuśny ten dzikus wolałby umrzeć, niż żyć życiem tak strasznym, często nawet niezłagodzonym przyjemnością dokonania czegoś dobrego! Ale, by mógł dostrzec cel wszystkich tych trudów, musiałyby słowa „władza” i „rozgłos” dla niego coś znaczyć: musiano by go pouczyć, że istnieje gatunek ludzi, którzy się liczą ze spojrzeniem reszty świata, którzy umieją być szczęśliwi i zadowoleni z siebie samych na podstawie raczej cudzego świadectwa niż swojego własnego. Taka bowiem jest prawdziwa przyczyna wszystkich tych różnic: dziki żyje niejako sam w sobie; człowiek uspołeczniony, zawsze się jakby znajdując poza sobą, umie żyć tylko w opinii drugich i z ich to oceny czerpie całe, chciałoby się powiedzieć, poczucie swego istnienia.

Słowem, jak to ciągle drugich pytając, czym jesteśmy, a nigdy nie mając odwagi samych siebie o to zapytać, wśród całego tego zalewu filozofii, ludzkości, grzeczności, wzniosłych zasad, mamy już tylko czcze i zwodnicze pozory honoru bez cnoty, rozumu bez mądrości, przyjemności bez szczęścia.

J.-J. Rousseau – Rozprawa o pochodzeniu i podstawach nierówności między ludźmi

Problem znaczenia

Trudności związane z „dowodem prawdziwości” chrześcijaństwa nigdy nie spędzały mi snu z powiek; większość naszych podstawowych przekonań musimy przyjmować na wiarę. Istotnej intelektualnej trudności, przed którą stoi człowiek wierzący czy rzekomo wierzący, nie nastręcza problem dowodu lecz problem znaczenia. Wypowiedzi swoiście religijne wydają mi się pozbawione znaczenia.

A. N. Prior

Raj

Chrześcijaństwo mówi, między innymi, iż wszystkie dobre nauki nie zdadzą się na nic. Trzeba zmienić życie. Chrześcijaństwo, jak sądzę, nie jest doktryną, teorią tego, co wydarzyło się i co się wydarzy z duszą człowieka, lecz jest opisem tego, co naprawdę zdarza się w ludzkim zyciu.

L. Wittgenstein

Przedmowa tłumacza. Grzech epistemiczny
Benjamin R. Tilghman – Wprowadzenie w filozofię religii

Sprawiedliwość

Królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wczesnym rankiem umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy. Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: „Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam”. Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił. Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: „Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie? Idźcie i wy do winnicy!”

A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: „Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych!” Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze. Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: „Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty”.

Na to odrzekł jednemu z nich: „Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje i odejdź! Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?”

Mt 20,1-16

Poprawność

Dzisiaj nazywamy to polityczną poprawnością. Większość ludzi chce należeć do jakieś grupy, chce być jak inni, mieć takie same opinie. Oceniają swoją normalność na podstawie wymiany poglądów i opinii z sąsiadami lub przyjaciółmi, którzy się z nimi zgadzają.

Bez znaczenia pozostaje czy podrzucone tematy lub fakty to kompletne bzdury, jeśli wszyscy w tym samym czasie je potwierdzają. A twoi przyjaciele będą się z tobą zgadzać, ponieważ otrzymali te same informacje.

Alan Watt – Szok i Trwoga

Zasada nieoznaczoności

Aby przewidzieć przyszłe położenie i prędkość cząstki, należy dokładnie zmierzyć jej obecną prędkość i pozycję. Oczywistym sposobem pomiaru jest oświetlenie cząstki. Część fal świetlnych rozproszy się na cząstce i wskaże jej pozycję. Tą metodą nie można jednak wyznaczyć położenia z dokładnością większą niż odległość między dwoma kolejnymi grzbietami fali świetlnej, jeśli chce się więc dokonać precyzyjnego pomiaru pozycji, należy użyć światła o bardzo małej długości fali. Nie można jednak użyć dowolnie małej ilości światła — trzeba posłużyć się co najmniej jednym kwantem. Pojedynczy kwant zmienia stan cząstki i jej prędkość w sposób nie dający się przewidzieć. Co więcej, im dokładniej chcemy zmierzyć pozycję, tym krótsza musi być długość fali użytego światła, tym wyższa zatem energia pojedynczego kwantu, tym silniejsze będą zaburzenia prędkości cząstki.

Innymi słowy, im dokładniej mierzymy położenie cząstki, tym mniej dokładnie możemy zmierzyć jej prędkość, i odwrotnie. Heisenberg wykazał, że nieoznaczoność pomiaru położenia pomnożona przez niepewność pomiaru iloczynu prędkości i masy cząstki jest zawsze większa niż pewna stała, zwana stałą Plancka. Co więcej, ta granica dokładności możliwych pomiarów nie zależy ani od metody pomiaru prędkości lub położenia, ani od rodzaju cząstki. Zasada nieoznaczoności Heisenberga jest fundamentalną, nieuniknioną własnością świata.

Zasada nieoznaczoności ma zasadnicze znaczenie dla naszego sposobu widzenia świata. Nawet dziś, po osiemdziesięciu latach, jej konsekwencje nie zostały w pełni zrozumiane przez wielu filozofów i są wciąż przedmiotem dysput. Zasada nieoznaczoności zmusza do porzucenia modelu całkowicie deterministycznego wszechświata: z pewnością nie można dokładnie przewidzieć przyszłych zdarzeń, jeśli nie potrafimy nawet określić z dostateczną precyzją obecnego stanu wszechświata!

Mechanika kwantowa nie pozwala na ogół przewidzieć konkretnego wyniku pojedynczego pomiaru. Zamiast tego określa ona zbiór możliwych wyników i pozwala ocenić prawdopodobieństwo każdego z nich. Jeśli zatem ktoś wykonuje pewien pomiar w bardzo wielu podobnych układach, z których każdy został przygotowany w ten sam sposób, to otrzyma wynik A pewną liczbę razy, wynik B inną liczbę razy i tak dalej. Można przewidzieć w przybliżeniu, ile razy wynikiem pomiaru będzie A, a ile razy B, ale nie sposób przewidzieć rezultatu pojedynczego pomiaru. Mechanika kwantowa wprowadza zatem do nauki nieuniknioną przypadkowość i nieprzewidywalność.

Stephen W. Hawking – Krótka historia czasu

Sen na jawie

Jeżeli prawdą jest, że zdolność do dziwienia się jest początkiem mądrości, to prawda ta stanowi smutny komentarz do mądrości współczesnego człowieka. Przy wszystkich zaletach wynikających z osiągnięcia wysokiego stopnia literackiej i powszechnej edukacji – utraciliśmy ów dar dziwienia się czemukolwiek.

Wszystko wydaje się znane – jeśli nie nam samym, to jakiemuś specjaliście, którego obowiązkiem jest znać to, czego my nie znamy. Dziwienie się jest rzeczywiście czymś kłopotliwym, oznaką intelektualnej niższości. Nawet dzieci rzadko się dziwią lub przynajmniej usiłują tego nie okazywać; w miarę jak się starzejemy, tracimy stopniowo zdolność do dziwienia się. Udzielanie słusznych odpowiedzi wydaje się nam bardziej doniosłe niż stawianie słusznych pytań.

W postawie tej szukać może należy jakiejś przyczyny, dla której jedno z najbardziej zagadkowych zjawisk w naszym życiu, nasze sny, nie budzi w nas zdumienia i nie stwarza problemów. Wszyscy śnimy; nie rozumiemy naszych snów, a jednak postępujemy tak, jakby nic osobliwego nie działo się w naszych śpiących umysłach, osobliwego przynajmniej w zestawieniu z logicznymi, celowymi czynnościami naszych umysłów, gdy czuwamy.

Kiedy czuwamy, jesteśmy aktywnymi, rozumnymi istotami, dokładającymi pilnie starań, aby zdobyć to, czego potrzebujemy, i gotowymi bronić się przed napaścią. Działamy i obserwujemy; widzimy rzeczy zewnątrz nas, być może nie takie, jakimi są, ale przynajmniej w taki sposób, że możemy ich używać i sterować nimi. Lecz jesteśmy także raczej pozbawieni wyobraźni i nader rzadko – może tylko w przypadku dzieci lub poetów – fantazja nasza wykracza rzeczywiście poza powtarzanie wątków i zdarzeń będących częścią naszego rzeczywistego doświadczenia. Jesteśmy sprawni, ale i nieco nudni. Teren naszej całodziennej obserwacji nazywamy rzeczywistością, szczycimy się naszą zręcznością w sterowaniu nią oraz swym realizmem.

Kiedy śpimy, budzimy się do innej formy istnienia. Śnimy. Wynajdujemy historie nie mające precedensu w sferze realności, historie, które nigdy się nie zdarzyły. Czasem jesteśmy bohaterami, niekiedy zaś łotrami; czasem widzimy najpiękniejsze sceny i jesteśmy szczęśliwi, to znów ogarnia nas paniczny lęk. Ale jakąkolwiek rolę odgrywamy we śnie, my jesteśmy autorami, to jest nasz sen, my wymyśliliśmy fabułę.

W istocie rzeczy, zarówno sny, jak i mity są ważnymi informacjami przekazywanymi nam samym przez nas samych. Jeśli nie rozumiemy języka, w którym są zapisywane, umyka nam to, o czym wiemy i o czym powiadamiamy siebie samych w godzinach, w których nie jesteśmy zajęci sterowaniem światem zewnętrznym.

Erich Fromm – Zapomniany język. Wstęp do rozumienia snów, baśni i mitów

Jak żyć z ludźmi?

Kiedy razu pewnego Arystyp przechodził obok Diogenesa, ten, zajęty opłukiwaniem jarzyn, zauważył szyderczo:

Gdybyś umiał zadowolić się takim pożywieniem, nie musiałbyś być pachołkiem tyranów.

Arystyp odpowiedział:

Ty zaś, gdybyś umiał żyć z ludźmi, nie płukałbyś jarzyn.


Diogenes z wielką pogardą odnosił się do innych, szkołę Euklidesa nazywał żółciową, a naukę Platona — marnowaniem czasu, konkursy dramatyczne na Dionizjach — wielkim widowiskiem dla głupców, a demagogów — sługami pospólstwa. Gdy go raz ktoś wprowadził do wspaniale urządzonego domu i pouczył, że nie wolno pluć na posadzkę, odchrząknąwszy splunął mu w twarz, mówiąc, że nie widzi odpowiedniejszego miejsca na ten cel.

Menippos podaje, że uwięziony i wystawiony na sprzedaż na pytanie, co umie robić, odpowiedział: „Rządzić mężami.” A do herolda powiedział:

Zapytaj, czy ktoś życzy sobie kupić pana?

Kiedy Diogenes potrzebował pieniędzy, mówił do swoich przyjaciół, że nie prosi o pieniądze, ale żąda ich zwrotu. Pewnego dnia masturbując się na placu targowym oświadczył:

Gdybyż i głód można było zaspokoić przez pocieranie pustego żołądka!

Na pytanie, dlaczego daje się jałmużnę żebrakom, a nie daje się jej filozofom, odpowiedział, że ludzie liczą się z możliwością, że sami będą kiedyś ułomni albo ślepi, nie spodziewają się natomiast zostać filozofami. Komuś, kto mówił: „Chociaż nic nie wiesz, filozofujesz” — odpowiedział:

Jeżeli udaję mądrość, to właśnie to jest filozofią.

Ganił modlitwy ludzi mówiąc, że proszą o to, co im się dobre wydaje, a nie o to, co jest dobre naprawdę. Często mówił głośno, że bogowie dali ludziom życie łatwe, ale ludzie zatracili tę łatwość życia, pożądając placków na miodzie, pachnideł i tym podobnych rzeczy.

Ażeby żyć szczęśliwie, należy zamiast trudów niepotrzebnych wybrać tylko trudy zgodne z naturą; nieszczęście wynika tylko z braku rozumu. Gardzenie rozkoszą można nauczyć się odczuwać jako największą przyjemność, bo podobnie jak ci, którzy przywykli żyć wśród rozkoszy, niechętnie zmieniają tryb życia, tak ci, którzy ćwiczą się w pogardzie rozkoszy, znajdują w tym przyjemność. Tak nauczał Diogenes i zgodnie ze swoją nauką postępował. Mówił, że prowadzi życie tak samo jak Herakles, nad wszystko przedkładając wolność.

Drwił z dobrego pochodzenia, sławy i wszystkich podobnych rzeczy, nazywając je ozdobami, pod którymi się kryje zło. Uważał, że jedynym państwem dobrze urządzonym byłoby państwo obejmujące cały świat. Był zdania, że kobiety powinny być wspólne. Nie uznawał innego małżeństwa, jak tylko takie, w którym mężczyzna zdołał nakłonić kobietę, aby z nim żyła, i ona się na to zgodziła.

Ateńczycy kochali Diogenesa: gdy więc jakiś chłopak rozbił mu beczkę, wymierzyli mu chłostę, filozofowi zaś ofiarowali inną beczkę. Później jego rodacy uczcili go spiżowym posągiem z następującym napisem:

I spiż starzeje się pod wpływem czasu, ale twojej sławy,
Diogenesie, nie zatrze nawet wieczność.
Bo ty jeden nauczyłeś śmiertelnych,
jak żyć samowystarczalnie i najlepiej.

D.Laertios — Żywoty i poglądy słynnych filozofów

Metafizyka i religia

Jeśli człowiek kiedyś wyłonił się z całej natury – należy to do jego istoty, jest aktem samego stawania się człowiekiem – i uczynił ją swoim „przedmiotem”, to musi jakby z drżeniem odwrócić się i zapytać: „Gdzież więc stoję ja sam? Jakie jest zatem moje miejsce?” Właściwie nie może on już powiedzieć: „Jestem częścią świata, jestem przezeń otoczony”, albowiem aktowy byt ducha i osoby człowieka przewyższa formy bytu tego „świata” w czasie i przestrzeni.

Tak więc, odwracając się, spogląda on poniekąd w nicość, w tym spojrzeniu odkrywa jakby możliwość „absolutnej nicośći” i to skłania go do dalszego pytania: „Dlaczego jest w ogóle jakiś świat, dlaczego i jakim sposobem «ja» w ogóle jestem?” Odkrywszy przypadkowość świata, człowiek mógł się jeszcze zachować w dwojaki sposób:

  1. Mógł się tym zadziwić i swego poznającego ducha uaktywnić, by uchwycić absolut oraz włączyć się weń – to jest początek każdej metafizyki; w historii pojawiła się ona dopiero bardzo późno i tylko u niewielu ludów.
  2. Ale mógł też, powodowany nieprzewyciężalnym dążeniem do ocalenia – nie tylko swego indywidualnego bytu, lecz przede wszystkim całej swojej grupy – na podłożu i z pomocą ogromnej nadwyżki fantazji, która w przeciwieństwie do zwierzęcia istnieje w człowieku od samego początku, zaludnić ową sferę bytu dowolnymi postaciami, aby poprzez kult i obrządek schronić się pod osłoną ich potęgi, aby uzyskać „za sobą” nieco opieki i pomocy, gdyż w podstawowym akcie wyobcowania się z natury i uprzedmiotowienia jej – przy jednoczesnym rozwoju swego własnego bytu i świadomości siebie – zdawał się zapadać w czystą nicość. Przezwyciężenie tego nihilizmu w formie takiego ratunku, takiego wsparcia, nazywamy religią. W naszych filozoficznych rozważaniach nad stosunkiem człowieka do najwyższej zasady musimy odrzucić wszystkie podobne idee.

Dla nas podstawowy stosunek człowieka do zasady świata polega na tym, że w człowieku – który jako taki, zarówno jako istota duchowa, jak i istota żywa, jest tylko częściowym centrum ducha i pędu „tego, co istneje przez się” – powiadam: w samym człowieku owa zasada bezpośrednio uchwytuje się i urzeczywistnia.

Dawna myśl Spinozy i Hegla i wielu innych jest taka: Prabyt uprzytamnia siebie samego w człowieku w tym samym akcie, w którym człowiek widzi siebie zakorzenionego w nim. Miejscem owego samourzeczywistnienia, powiadamy: jakby owego samoubóstwienia, którego poszukuje byt istniejący przez się i ze względu na którego stawanie się pogodził się ze światem jako pewną „historią” – jest właśnie człowiek, ludzka jaźń i ludzkie serce. Są one jedynym miejscem stawania się Boga, które jest nam dostępne.

Można by mi na to powiedzieć, i rzeczywiście mi powiedziano, że człowiek nie może znieść Boga niegotowego, stającego się Boga. Moją odpowiedzią na to jest, że metafizyka nie stanowi jakiegoś zakładu ubezpieczeniowego dla słabych, wymagających wsparcia ludzi. Byt absolutny nie istnieje dla wsparcia człowieka, dla zwykłego uzupełnienia jego słabości i potrzeb.

Max Scheler – Stanowisko człowieka w kosmosie

Kwiaty na pustyni

Bóg jest tylko jedną z alienacji mojego ja albo, dokładniej, tego, czym jestem. Sokrates, Jezus, Kartezjusz, Hegel, wszyscy prorocy i filozofowie wymyślali tylko nowe sposoby alienacji tego, czym jestem, mojego ja. Historia powszechna to tylko nieustająca zniewaga godząca w jedyną zasadę, którą jestem ja, zasadę żyjącą, konkretną, zasadę zwycięską, którą chciano ugiąć pod jarzmem kolejnych abstrakcji — Boga, państwa, społeczeństwa, ludzkości.

Filantropia jest według Stirnera mistyfikacją. Filozofie ateistyczne, oddające się kultowi państwa i człowieka, same są „buntami teologicznymi”. „Nasi ateiści — mówi Stirner — to doprawdy pobożni ludzie”. Cała historia zna tylko jeden kult, kult wieczności. Ten kult to kłamstwo. Prawdą jest Jedyny, wróg tego, co wieczne, oraz wszystkiego, co nie służy jego żądzy władania.

Nawet rewolucja, i zwłaszcza rewolucja, budzi wstręt w tym buntowniku. Żeby być rewolucjonistą, trzeba w coś wierzyć, kiedy nie ma w co wierzyć. Służyć ludzkości to nic lepszego niż służyć Bogu. Braterstwo zresztą jest tylko na niedzielę. W dni powszednie bracia stają się niewolnikami. Dla Stirnera istnieje więc jedna wolność, „moja potęga”, i jedna prawda, „wspaniały egoizm gwiazd”.

Wszystko rozkwita na tej pustyni. „Ogromne znaczenie krzyku radości, wolnego od wszelkiej myśli, nie zostanie zrozumiane tak długo, jak długo trwa noc myśli i wiary”. Ta noc dobiega końca, wstanie świt nowego buntu. Bunt sam w sobie jest ascezą, która odrzuca wszystkie wygody. Człowiek zgodzi się z innymi ludźmi tylko w tej mierze i na ten czas, kiedy ich egoizm i jego będą zbieżne. Prawdziwe życie jest w samotności, gdzie bez ograniczeń zaspokoi swój głód istnienia, poza którym nie ma nic więcej.

Albert Camus — Człowiek zbuntowany

Droga do transcendentalnego ego

Każdy, kto poważnie pragnie zostać filozofem, musi raz w swoim życiu cofnąć się do siebie samego i podjąć próbę zdobycia się w sobie samym na obalenie wszystkich obowiązujących dlań dotąd nauk i zbudowania ich na nowo. Filozofia – mądrość [sagesse] – jest absolutnie osobistą sprawą filozofującego. Musi się ona stać jego mądrością, pozyskaną przezeń samego, dążącą do uniwersalizmu wiedzą, wiedzą, za którą może on odpowiadać od początku i na każdym kroku w oparciu o zdobyte przez siebie samego naoczne rozumienia.

Tylko siebie samego zachowuje medytujący podmiot jako coś istniejącego absolutnie niepowątpiewalnie, jako coś niedającego się unieważnić nawet wtedy, gdy ten świat przestałby istnieć. Zredukowane poznawczo w ten sposób, ego realizuje teraz akty pewnego rodzaju solipsystycznego filozofowania. Szuka ono apodyktycznie pewnych dróg, które pozwoliłyby mu odkryć we własnej czystej wewnętrznej sferze zasoby tego, co obiektywnie zewnętrzne.

flammarion

Wszystko, co znajduję w granicach świata, wszelki byt przestrzenno-czasowy, istnieje ze względu na mnie, to znaczy, ze względu na mnie ma ważność czegoś obowiązującego, ma ją właśnie dlatego, że jest przeze mnie doświadczany, spostrzegany, przypominany, że w jakiś sposób o nim myślę, wydaję o nim sądy, oceniam go z punktu widzenia wartości, że go pożądam itd. Kartezjusz, jak wiadomo, określa te wszystkie czynności nazwą cogito. Świat nie jest dla mnie w ogóle niczym innym jak światem istniejącym świadomościowo w tym cogito, ze względu na mnie posiadającym swą moc obowiązującą.

Świat, obiektywny świat, który dla mnie istnieje, który zawsze dla mnie istniał i istnieć będzie, jedyny świat, który kiedykolwiek mógł dla mnie istnieć, istnieć ze wszystkimi swymi obiektami, ów świat czerpie, jak już powiedzielismy, cały swój sens i swoją bytową ważność, którą dla mnie w danej chwili posiada, ze mnie samego.

Edmund Husserl – Medytacje kartezjańskie