Mistyfikacja słów

Ogólne kategorie kulturalne, poszczególne systematy, wreszcie język wyrażający je, są już obiektywizacją pewnej klasy, odbiciem nieuświadomionych czy też już zdeklarowanych konfliktów, szczególnym przejawem alienacji. Ten świat jest zewnętrzny: mowa ani kultura nie znajdują się wewnątrz człowieka, nie oddziaływują na jego system nerwowy; to człowiek znajduje się wewnątrz kultury i wewnątrz mowy, innymi słowy na pewnym wydzielonym obszarze pola instrumentów.

Aby móc unaocznić to, co ujawnia, dysponuje więc zarazem nazbyt bogatymi i nazbyt ubogimi elementami. Nazbyt ubogimi: słowa, sposoby rozumowania, metody istnieją w ograniczonej tylko ilości; pomiędzy nimi są dziury, przerwy i jego rodząca się myśl nie może znaleźć odpowiednich znaczeń, które by pozwoliły jej się wysłowić. Nazbyt bogatymi: każde słowo ciągnie za sobą wielość i głębokość znaczeń nadanych mu przez całą epokę; gdy tylko ideolog przemawia, musi powiedzieć więcej i nie to, co chce, epoka kradnie mu jego myśl, podmienia ją na swoją. Musi więc bez przerwy kluczyć, a w końcu i tak wyrażona przez niego myśl jest głęboko wypaczona, bo ulega mistyfikacji słów.

Jean-Paul Sartre – Marksizm i egzystencjalizm

Niebezpieczeństwo solipsyzmu

To ciekawe, iż realistów nigdy naprawdę nie niepokoił problem istnienia innych ludzi. W tej mierze, w jakiej realista przyjmuje „wszystko” jako „dane”, niewątpliwie wydaje mu się, iż inny również jest dany. Faktycznie, cóż bardziej rzeczywistego w obrębie rzeczywistości niż właśnie inny? To po prostu substancja myśląca o tej samej istocie, co ja.

Jednak o ile realizm usiłuje zdać sprawę z poznania, które się uzyskuje dzięki oddziaływaniu świata na substancję myślącą, o tyle nie troszczy się wcale o ustalenie bezpośrednich i wzajemnych oddziaływań, zachodzących między substancjami myślącymi. W tym ujęciu, komunikują się one ze sobą wyłącznie za pośrednictwem świata. Dusza innego jest zatem oddzielona od mojej całą tą odległością, która najpierw oddziela moją duszę od mojego ciała, następnie oddziela moje ciało od ciała innego, a w końcu oddziela ciało innego od jego duszy. Relacja między moim ciałem a ciałem innego ma czysto zewnętrzny i obojętny charakter.

Jeśli dusze są oddzielone przez swoje ciała, to są one od siebie różne, tak jak kałamarz jest różny od książki, a zatem nie można pomyśleć żadnego ich bezpośredniego uobecnienia dla siebie nawzajem. Dusza innego jest raczej jakąś nieobecnością, jakimś znaczeniem, a ciało tylko odsyła do niej, lecz jej nie ukazuje. Jednym słowem, w filozofii opierającej się na bezpośredniej intuicji rzeczywistości, nie ma żadnej intuicji duszy innego.

Co za tym idzie, odkąd inny nie może oddziaływać swoim bytem na mój byt, może mi się on ukazać na jeden tylko sposób, to znaczy może jawić mojemu poznaniu jako przedmiot. Jednak należy to rozumieć tak, iż muszę konstytuować innego jako pewną jedność, jako zespolenie, które spontaniczność narzuca wielości i różnorodności wrażeń, to ja konstytuuję zatem innego w polu swojego doświadczenia. A zatem inny może być dla mnie jedynie obrazem.

Jedynie świadek, który i w stosunku do mnie, i w stosunku do innego byłby na zewnątrz, mógłby porównać obraz z modelem i rozstrzygnąć, czy obraz jest prawdziwy. Swoją drogą, aby być upoważnionym do takiej oceny, ów świadek sam nie powinien pozostawać w relacji zewnętrznej ani względem mnie, ani względem innego. W innym przypadku jednego i drugiego poznałby wyłącznie za pośrednictwem obrazów.

Właśnie taki sens skrywa teologiczne pojęcie stwarzania: Bóg jest, a zarazem nie jest mną samym i innym ponieważ nas stwarza. Faktycznie, powinien być mną, aby bezpośrednio i z apodyktyczną oczywistością uchwycić moją rzeczywistość; ale też powininien nie być mną, aby zachować właściwią sobie bezstronność świadka, i aby móc być i zarazem nie być innym. Obraz stwarzania jest tu najbardziej adekwatny, ponieważ w akcie stwórczym do samej głębi widzę to, co stwarzam: stwarzam zaś samego siebie.

A zatem założenie narzucające przestrzenność nie zostawia nam wyboru: trzeba odwołać się do Boga albo popaść w probabilizm, który uchyla drzwi solipsyzmowi.

Jean Paul Sartre – Byt i nicość

Głową w mur

Wstałem z ławki, zacząłem przechadzać się wzdłuż i wszerz po piwnicy i rozmyślać, dla odmiany, o moim przeżytym życiu. Bezładna masa wspomnień wróciła mi na pamięć. Były wśród nich dobre i złe — przynajmniej przedtem na takie je dzieliłem. Wracały twarze i zdarzenia. Uśmiechnąłem się. Jakże zażarcie uganiałem się za szczęściem, za kobietami, za wolnością. I po co? Chciałem wyzwolić Hiszpanię, przystałem do anarchistów, przemawiałem na wiecach: wszystko traktowałem z taką powagą, jakbym był nieśmiertelny.

Odniosłem w tej chwili wrażenie, że mam przed sobą całe moje życie jak na dłoni, i pomyślałem sobie:

Cóż za kłamstwo od początku do końca!

Nic już nie było warte, bo było skończone. Zastanawiałem się, jak mogłem spacerować beztrosko, żartować z dziewczętami: małym palcem bym nie ruszył, gdybym to wiedział. Życie moje leżało przede mną zamknięte, skończone, zawiązane jak worek, a przecież wszystko, co było w nim, w środku, było niedokończone. Przez moment zapragnąłem je osądzić. Chciałbym móc powiedzieć: to było piękne życie. Ale nie można go było osądzić, to był zaledwie szkic życia; przez cały czas wystawiałem tylko weksle na wieczność, niczego nie rozumiejąc.

Gdyby teraz, w stanie, w jakim się znajdowałem, oznajmiono mi, że mogę spokojnie wracać do domu, że jestem wolny, pozostałbym nadal całkowicie obojętny: parę godzin czy parę lat czekania to w gruncie rzeczy wszystko jedno. Właściwie na niczym mi już nie zależało, byłem najzupełniej spokojny.

Jean Paul Sartre – Mur