Mit nauki

Człowiek nie ma pozaludzkiego gruntu, na którym by stał i wiedział zarazem, że stoi. Musi zaczynać od siebie, każdy inny punkt wyjścia jest produktem wtórnej abstrakcji, której niepodobna uprawomocnić bez powrotu do sytuacji ludzkiej. Pytania genetyczne o człowieka zakładają fałszywie możność nadludzkiego punktu obserwacyjnego, z którego odsłania sie widok na człowieka jako zrelatywizowanego.

Relatywizacja człowieka w naukowych interpretacjach (ingerencja w świat przedludzki w teoriach ewolucji, uzależnienie percepcji od rzeczowych zachowań organizmu w fizjologicznym badaniu), czyli jego redukcja do nieczłowieczego bytu jest zawsze wtórna w stosunku do percepcji. Redukcje takie uwięzione są nieuchronnie w człowieczeństwie, są tedy nieprawomocne, o ile udają, że z uwięzienia tego się wydostały. Ci, którzy je podejmują, relatywizują człowieczeństwo, mniemając zarazem, że odnaleźli jako ludzie nierelatywny punkt widzenia.

Tym samym sensu, który nadajemy rzeczom i sytuacjom, nie możemy wyjaśnić, odnosząc go do potrzeb przedświadomych ciała; nadawanie rzeczom sensu przez projekt wyprzedza każdorazowo określoność tego, czemu sens bywa nadawany. Potrzeby są, przeciwnie, sensem nadawanym naszej egzystencji. Mylna jest zatem utajona wiara scjentystów, iż mogą, nieuwięzieni w ludzkiej stronniczości, ludzką stronniczość samą zinterpretować.

Leszek Kołakowski – Obecność mitu

Mit Rozumu

Jeśli mózg jest częścią ciała, a rozum częścią zachowań mózgu, wartościowanie epistemologiczne nie może być ocalone, nie może być ocalona prawda.

Mit Rozumu nie przestanie być mitem właśnie; tylko w łudzącym zaślepieniu może być przekuty w część wiedzy. Prawomocność środków dowodowych nie może być dowiedziona wcześniej, nim się ją przyjmie. Wiara w Rozum jest opcją mityczną: jest potrzebna, by człowieczeństwo mogło się ukonstytuować jako obecność Rozumu w świecie nierozumnym. Mit Rozumu ma przeciwdziałać rozpaczliwej zgodzie człowieka na własną przypadkowość.

Pytania o własną przypadkowość można nie zadać, podobnie jak każdego pytania ostatecznego, można bowiem zużyć życie nie wykraczając poza bezpośredniość. Jeśli jednak pytanie o przypadkowość człowieczeństwa pojawia się jako dziura w myśleniu człowieka o sobie, to odpowiedź, która wymusza naszą zgodę na przypadkowość własną, jest rozpaczliwa. Mit Rozumu oczyszcza z rozpaczy, jest racją przeciwko przypadkowości, lecz sam nie może mieć racji.

Mit Rozumu, mit nieprzypadkowości świata może również zapuszczać korzeń w potrzebie solidarności ludzkiej, w doświadczeniu wspólnoty i w możliwości braterstwa ludzi, bo także dla rozumienia tego doświadczenia, dla nasycienia tej potrzeby i dla wiary w tę możliwość mit Rozumu jest nieodzowny. Czy wyrasta z tego złoża właśnie, czy raczej ze strachu i potrzeby bezpieczeństwa własnego – tego w żadnym poszczególnym przypadku, gdzie akt mitotwórczy się spełnia, dowieść prawie niesposób. Czy więc ukrywa się za nim małoduszność ucieczki przed rozpaczą, zła wiara zalęknionych, czy raczej pragnienie wspólnoty i nadzieja spełnionego człowieczeństwa, zależy każdorazowo od jednostkowej świadomości, sprawczyni aktu mitotwórczego.

Każdy jedynie sam przed sobą potrafi ustalić z pewnością, czy mity jego zrodzone są z energii strachu, czy raczej z dyfuzji miłości. Potrzebny jest tedy nieulękły radykalizm samowiedzy, potrzebna jest odwaga odsłaniania bez końca przed sobą własnego motywu, jakości własnego ośrodka rozruchowego, aby wiedzieć, czy mit Rozumu, skoro został przyjęty, niesie w sobie marność źródłowego przerażenia absurdem, czy rozmach poczucia wspólnoty ludzkiej, czy może jedno i drugie.

Leszek Kołakowski – Obecność mitu

Ostatni prorok

Nikłe jest prawdopodobieństwo, by mitologia jeszcze nie istniejąca tj. taka, która nie będzie odwoływać się do zastanego skarbca mitologicznego, lecz ogłosi świeżo właśnie zesłane od bóstwa objawienie, mogła zagarnąć znaczne obszary kultury współczesnej. Mahomet był ostatnim w dziejach prorokiem, któremu się to udało; ostatnim który nie poprzestał na interpretacji gotowego mitu, lecz ogłosił się heroldem nowego objawienia, i który zarazem potrafił narzucić swoją mitologię poważnej części świata. Niezliczone tłumy późniejszych proroków, którzy zapewniali, iż czerpią nowe natchnienie z nadprzyrodzonych źródeł, ginęły bez śladu, albo produkowały najwyżej drobne sekty rychło wysychające w zobojętnieniu świata.

Od trzynastu stuleci wszystkie znaczące przewroty religijne i schizmy nie były – w swoich pretensjach mitologicznych – próbami odkrycia nowych źródeł słowa Bożego; przeciwnie, odwoływały się do mitu zastanego, któremu chciały tylko przywrócić pierwotny sens i godność własną, skażoną przez złość ludzką. Wydaje się to zresztą naturalną jakością życia mitu religijnego; chwila pierwotnego objawienia powinna raczej ginąć w nieokreślonej ciemności czasów minionych, rozpływać się w mglistym „kiedyś tam”, u źródeł czasu historycznego, jeśli ma w duszach wierzących utrzymać swoją realność.

Wyjątkowo tylko zdarzały się historycznie umiejscowione i zarazem udane akty nowego objawienia; ale i one były zarazem – jak w przypadku Jezusa i Mahometa – nadbudową i reinterpretacją objawienia wcześniejszego.

Leszek Kołakowski – Obecność mitu