Ja

Poczucie „ja” człowieka dorosłego nie mogło być takie samo od samego początku. Musiało ono przejść proces ewolucji, której rzecz jasna niepodobna dowieść, którą jednak dałoby się zrekonstruować z pewną dozą prawdopodobieństwa. Niemowlę nie odróźnia jeszcze od świata zewnętrznego swego „ja” traktowanego jako źródło płynących doń doznań. Wystawione na różne pobudki, niemowlę uczy się tego na drodze powolnego procesu. Jak największe wrażenie musi na nim robić fakt, że pewne źródła pobudzenia, w których później rozpoznaje własne narządy, mogą w każdej chwili być dlań źródłem doznań, podczas gdy inne – a wśród nich to, czego pożąda najbardziej: pierś matczyna – okresowo mu umykają i mogą zostać ponownie sprowadzone jedynie za pomocą rozdzierającego krzyku.

W ten sposób „obiekt” staje naprzeciw „ja” zrazu jako coś, co znajduje się „na zewnątrz”, jako coś, co można skłonić do pojawienia się dopiero za pomocą jakiejś szczególnej akcji. Następny asumpt do oderwania się „ja” od masy doznań, a zatem do uznania jakiegoś „zewnętrza”, jakiegoś świata zewnętrznego, dają częste, różnorodne i nieuniknione doznania bólu i braku rozkoszy. Pojawia się tendencja, by wszystko, co może stać się źródłem braku rozkoszy, odróźnić od „ja”, wyrzucić na zewnątrz, utworzyć czyste „ja” nastawione wyłącznie na działanie rozkoszy – „ja”, któremu przeciwstawia się obce, groźne zewnętrze.

Uczymy się metody, w jaki sposób z pomocą zamierzonego ukierunkowania aktywności zmysłowej i odpowiedniej akcji mięśni odróżniać to, co wewnętrzne – i należące do „ja” – od tego, co zewnętrzne – i pochodzące ze świata zewnętrznego, w ten sposób czynimy piewszy krok na drodze do ustanowienia zasady rzeczywistości, która ma zdominować dalszy rozwój.

A zatem w ten sposób „ja” odrywa się od świata zewnętrznego, mówiąc zaś bardziej poprawnie: pierwotne „ja” zawiera wszystko, później zaś wytrąca świat zewnętrzny. Nasze dzisiejsze poczucie „ja” jest zatem jedynie skarlałą resztką uczucia znacznie bardziej rozległego, ba – wszechogarniającego, uczucia, które odpowiało ścisłemu związkowi „ja” z otoczeniem.

Sigmund Freud – Kultura jako źródło cierpień

Chrześcijańskie tabu

Usiłownanie syna, by zająć miejsce boga ojca, stawało się coraz bardziej wyraźne. Wraz z wprowadzeniem uprawy roli wzrosło znaczenie syna w rodzinie patriarchalnej. Ośmielił się on dać nowy wyraz swemu kazirodczemu libido, które znalazło symboliczne zadowolenie w uprawie ziemi. Pojawiły się takie postaci bogów, jak Attis, Adonis, Tammuz i inni, które cieszyły się łaskami bogów macierzystych i dopuszczały się kazirodztwa z matką na złość ojcu.

Ale poczucie winy, które nie zostało zmniejszone przez te stworzenia, wyrażało się w mitach, które karały młodych kochanków bogiń krótkim życiem i karą kastracji lub ściągały na nie gniew boga ojca pojawiającego się w zwierzęcym kształcie. Adonis został zabity przez dzika, święte zwierze Afrodyty; Attis, kochanek Kybele, zmarł skutkiem kastracji. Lament po tych bogach i radość z ich zmartwychwstania weszły w skład rytuału innego boskiego syna, któremu przeznaczone było odnieść trwały sukces.

Kiedy religia Chrystusa zaczęła wkraczać do świata starożytnego, napotkała rywalizację religii Mitry i przez długi okres czasu pozostawało wątpliwe, które bóstwo zostanie zwycięzcą. Świetlista postać młodzieńczego boga perskiego wymknęła się naszemu zrozumieniu. Wyobrażał on syna, który sam składał ofiarę z ojca, w ten sposób uwalniając braci od ponurego współuczestnictwa w tym czynie. Istniał inny sposób zmniejszenia tego poczucia winy, taki mianowicie, jaki wybrał Chrystus. Poświęcił on swe życie i przez to zbawił braci od grzechu pierworodnego.

Teoria grzechu pierworodnego jest pochodzenia orfickiego; została zachowana w misteriach, a stąd przeniknęła do filozoficznych szkół starożytnej Grecji. Ludzie byli potomkami Tytanów, którzy zabili i rozczłonkowali młodego Zeusa-Zagreusa; ciężar zbrodni ich przytłaczał. W micie chrześcijańskim pierwotny grzech człowieka jest niewątpliwie obrazą boga ojca i jeśli Chrystus zbawia ludzkość do ciężaru grzechu pierworodnego, składając swoje własne życie w ofierze, zmusza nas to do wyciągnięcia stąd wniosku, że grzechem tym było morderstwo. A jeśli ofiara czyjegoś życia doprowadza do pogodzenia się z bogiem ojcem, wówczas zbrodnią, którą należy odkupić, może być tylko morderstwo ojca.

Tak więc w doktrynie chrześcijańskiej ludzkość w sposób najbardziej otwarty przyznaje się do winy popełnionej w czasach pierwotnych, ponieważ znalazła ona najpełniejsze odkupienie za ten czyn w ofiarnej śmierci syna. W tym samym czynie, który ofiaruje największą możliwość zadośćuczynienia ojcu, syn także osiąga cel swych pragnień skierowanych przeciwko ojcu. Sam staje się bogiem obok ojca lub raczej zamiast niego. Jako znak tej zmiany ożywiona zostaje ponownie stara uczta totemiczna w formie komunii, w której grupa braci spożywa teraz ciało i krew syna, nie zaś ojca, przez co synowie identyfikują się z nim i sami uzyskują świętość.

Sigmund Freud – Totem i Tabu

The Last Supper

Tęsknota za ojcem

Jeśli chodzi o potrzeby religijne, to wydaje mi się, że twierdzenie, iż biorą się one z infantylnej bezradności i obudzonej przez nią tęsknoty za ojcem, jest bezsporne, tym bardziej że uczucie to nie stanowi prostej kontynuacji czegoś, co występowało w życiu dziecka, lecz jest stale podtrzymywane przez lęk przed przemożną siłą przeznaczenia.

Sigmund Freud – Kultura jako źródło cierpnień

totemitabu