Przyjaźń

Jeśli można znaleźć skuteczne lekarstwo (a może również skuteczną szczepionkę?) na solipsyzm, to można je znaleźć właśnie w praktyce, a konkretnie w przyjaźni. Kant przekonuje, że przyjaźń umożliwia ucieczkę przed popadnięciem w solipsyzm. Opisuje człowieka pozbawionego przyjaciół jako kogoś podobnego do Kartezjańskiej osoby medytującej. Człowiek bez przyjaciół jest zupełnie sam, „musi zamykać się w sobie” i pozostaje „zupełnie sam ze swoimi myślami, tak jak w więzieniu”. Kant twierdzi, że przyjaźń pozwala uwolnić się z „więzienia” własnej jaźni, a także, że naszą powinnością jest „nie izolować się”, lecz raczej próbować uciec z owego więzienia, poszukując przyjaźni. Krótko mówiąc, zdaniem Kanta jesteśmy moralnie zobligowani do ucieczki przed solipsyzmem.

Rae Langton – Seksualny solipsyzm

Nadzieja poza nauką

W nieskończonej przestrzeni miliardy kul ognistych, wokół każdej koło tuzina mniejszych, oświetlonych, wewnątrz rozpalonych, na zewnątrz okrytych zastygłą, zimną skorupą, na której warstwą pleśni osiadły żywe, poznające istoty — oto prawda empiryczna, rzeczywistość, świat.

Nie do pozazdroszczenia to jednak dla myślącej istoty sytuacja, kiedy stoi na jednej z owych licznych kul, swobodnie unoszących się w przestrzeni, i nie wie, skąd się bierze, ani dokąd dąży, i jest tylko jedną z niezliczonych, podobnych do siebie istot, które cisną się, pędzą, dręczą, szybko powstają, szybko giną – i tak bez wytchnienia, przez wieczność, bez początku ni końca. Wszystko, o czym potrafi pouczyć wiedza empiryczna, to tylko dokładniejsza znajomość charakteru tych procesów i reguł, co nimi rządzą.

I oto wreszcie filozofia nowożytna zdała sobie sprawę – przede wszystkim w osobach BerkeleyaKanta – że wszystko to jest tylko fenomenem mózgu, obwarowanymi tak wielkimi, licznymi i różnorodnymi warunkami subiektywnymi, że znika jego domniemana bezwzględna realność. Gdy bowiem przez tysiące lat próbowano swych sił wyłącznie na polu filozofii obiektywnej, dopiero potem odkryto, że wśród rozlicznych rzeczy, które czynią świat tak zagadkowym i wątpliwym, pierwsza i podstawowa polega na tym, iż niezależnie od niezmiernego ogromu i masywności, istnienie jego wisi na włosku, a jest nim każdorazowa świadomość, w której jest dany.

Warunek ten, od którego bezapelacyjnie zależy istnienie świata, wyciska na nim swe piętno: mimo całej jego empirycznej realności świat staje się idealny, staje się zwykłym zjawiskiem, dzięki czemu trzeba w nim rozpoznać podobieństwo ze snem, przynależność obu do tej samej klasy. Albowiem ta sama czynność mózgu, która wyczarowała we śnie świat w pełni obiektywny, naoczny, namacalny, musi też mieć taki sam udział w ukazaniu obiektywnego świata na jawie. Oba światy mianowicie, choć różne co do swej materii, wyszły niewątpliwie z jednej formy. Formą tą jest umysł, czynność mózgu.

Arthur Schopenhauer – Świat jako wola i przedstawienie, t. 2

Płaska Ziemia

Odrodzenie, Oświecenie, nauki przyrodnicze, nauki ekonomiczne nie pomineły nic, ale to nic, co mogło przyczynić się do poniżenia człowieka, zaczynając od astronomii, która z ośrodka świata, z dostojnej sceny, gdzie Bóg i szatan walczyli o upragnioną władzę nad stworzeniem, uczyniła obojętną małą planetę i na razie zniweczyła wspaniałą pozycję kosmiczną człowieka, na której, nawiasem mówiąc, opierała się też astrologia.

Pod tym względem czeka nas rehabilitacja scholastyki; jest ona już w toku, Kopernik będzie pobity przez Ptolemeusza. Teza heliocentryzmu natrafia powoli w umysłach na opór, który zapewne doprowadzi do celu. Nauka okaże się filozoficznie zniewolona do tego, by Ziemi przywrócić wszystkie dostojeństwa, które dogmat kościelny chciał jej zapewnić.

Nie istnieje nic takiego jak czyste poznanie. Kościelna teoria poznania, która da się streścić w zdaniu Augustyna: Wierzę, abym mógł poznać, jest niezaprzeczalnie słuszna. Wiara jest narzędziem poznania, intelekt ma charakter wtórny. Nieuprzedzona nauka jest mitem. Zawsze jest w nauce jakaś wiara, jakiś pogląd na świat, jakaś idea, krótko mówiąc, jakaś wola – a rzeczą rozumu jest wolę tę zanalizować i wykazać. Wszystko i zawsze zmierza tu ku jednemu: ku quod erat demonstrandum. Samo pojęcie dowodu, psychologicznie biorąc, zawiera zdecydowanie woluntarystyczny składnik.

Wielcy scholastycy XII i XIII wieku byli co do tego zgodni, że dla filozofii nie może być prawdą to, co jest fałszem dla teologii. Nie mówmy o teologii, jeśli pan nie chce, ale ludzkość, która nie uznaje, że w przyrodoznastwie nie może być prawdą, co dla filozofii jest fałszem, nie jest ludzkością. Argumentacja świętego officium przeciw Galileuszowi dowodziła, że tezy jego są filozoficznie niedorzeczne. Trafniejszej argumentacji nie ma.

Prawdą jest to, co służy człowiekowi. W nim skupia się przyroda, w całej przyrodzie on jeden jest stworzony, a cała przyroda jedynie dla niego. On jest miarą rzeczy, a zbawienie jego stanowi kryterium prawdy. Poznanie teoretyczne, bez praktycznego związku z ideą zbawienia człowieka, jest tak dalece mało interesujące, że nie można go uważać za prawdziwe. Wieki chrześcijańskie były całkowicie co do tego zgodne, że przyrodoznastwo jest z ludzkiego punktu widzenia mało ważne. Laktancjusz, którego Konstantyn Wielki wybrał na nauczyciela swego syna, pytał wręcz, jakiego młodzieniec dozna szczęścia, dowiedziawszy się, skąd wypływa Nil i co wielcy fizycy plotą o niebie. Niech pan spróbuje mu na to odpowiedzieć!

Tomasz Mann – Czarodziejska góra

Forma

U Platona po raz pierwszy doszło do wyłonienia się podstawowego przeciwieństwa bytowego, a mianowicie między „ideą” a „rzeczą jednostkową”. Nie ma ono wprawdzie samo w sobie nic wspólnego z przeciwieństwem między „formą” a „treścią” czegokolwiek. (…) Toteż wydaje się dość naturalne, że gdy Arystoteles wystąpił przeciw Platońskiemu dualizmowi rzeczy jednostkowej i idei, ale zarazem nie zdołał całkiem wyzwolić się z Platońskiej aparatury pojęciowej, to w świecie rzeczy jednostkowych natrafił na nową dwoistość „formy” i „materii”. Zmieni się właściwie tylko stosunek między członami tego przeciwieństwa. „Forma” w tym związku to tyle, co moment kwalifikujący coś, co jako podlegające kwalifikacji, określaniu, jest „materią”.

Mamy np. przed sobą pewną określoną czerwoną, gładką, drewnianą kulę. Wszystko, co jest niej momentem określającym, jest „formą” lub też należy do „formy” tej kuli w zależności od tego, czy za formę uważamy poszczególne elementy kwalifikujące, czy też ogół momentów kwalifikujących coś. Przysługująca naszej kuli „gładkość”, która sprawia, że ona jest „gładka”, nie jest jako gładkość sama-dla-siebie, lecz dopiero w swej funkcji, kwalifikowania „określaczem” kuli, a więc jej „formą”. Jako gładkość jest ona w porównaniu z czerwienią czymś całkowicie odmiennym, różnym. Natomiast w swej funkcji określania, kwalifikowania, jest blisko pokrewna czerwieni, która tejże kuli przysługuje. Mianowicie „materiał” jakościowy jest odmienny, spełniana przezeń funkcja ta sama. Oczywiście, to funkcja jako „forma” w całkiem nowym znaczeniu.

Czymże więc jest to, co samo w sobie jest pozbawione wszelkiej kwalifikacji, a tylko może przyjmować kwalifikacje, co ma kwalifikowaniu podlegać? Czym jest owo coś całkowicie bezjakościowe, radykalnie niejakościowe?

Roman Ingarden – Spór o instniene swiata, t.2

Idealizm

Nie ma nic bardziej pewnego niż to, że nikt nie przeskoczy sam siebie, by utożsamić się bezpośrednio z odrębnymi od siebie rzeczami; natomiast wszystko, o czym ma wiedzę pewną, czyli bezpośrednią, leży w obrębie naszej świadomości. Inne dyscypliny stojące na stanowisku empiryzmu mają pełne prawo zakładać świat obiektywny jako dany; filozofii to nie dotyczy, gdyż ma docierać do źródeł i początków. Bezpośrednio dana jest wyłącznie świadomość, dlatego podstawa filozofii ogranicza się do faktów świadomości; jest więc z istoty swej idealistyczna.

Realizm, który pociąga prymitywne umysły tym, że na pozór opiera się na faktach, on właśnie wychodzi od zupełnie dowolnego założenia, a zatem jest zamkiem na lodzie, gdyż pomija lub odrzuca fakt najbardziej podstawowy – ten fakt, że wszystko, co znamy, tkwi w świadomości.

Pogląd, że obiektywne istnienie rzeczy uwarunkowane jest przez coś, co je sobie przedstawia, i że skutkiem tego świat obiektywny istnieje tylko jako przedstawienie, nie jest bynajmniej hipotezą lub zgoła paradoksem ukutym w ogniu dyskusji, lecz jest prawdą najpewniejszą i najprostszą, której poznanie utrudnia to tylko, że jest aż nazbyt prosta, a nie każdy ma dość odwagi, by od rzeczy cofnąć się do podstawowych elementów swej świadomości.

Nie może być istnienia absolutnego, obiektywnego samego przez się; co więcej, jest ono nie do pomyślenia, gdyż zawsze i z samej swej istoty to, co obiektywne, istnieje w świadomości jakiegoś podmiotu, czyli jest jego przedstawieniem, a w konsekwencji jest przezeń uwarunkowane.

Arthur Schopenhauer – Świat jako wola i przedstawienie II

Dowód na istnienie Boga

Przedmioty zmysłowe nie mogą istnieć inaczej jak tylko w umyśle. Stąd nie wnioskuję, że przedmioty te nie mają rzeczywistego istnienia, tylko widząc, że nie zależą od moich myśli i że ich istnienie nie polega na tym, iż są postrzegane przeze mnie, wnioskuję, że musi być jakiś inny umysł, w którym one istnieją; toteż rzeczą równie pewną jak istnienie świata rzeczywistego, jest to, że istnieje nieskończony wszechobecny Duch, który obejmuje świat i jest jego podporą.

– Jak to!? Przecież to nic innego, jak to, co utrzymują wszyscy chrześcijanie, a nawet w ogóle wszyscy, którzy wierzą, że jest Bóg i że on zna i rozumie wszystko.

– Doskonale, ale w tym właśnie tkwi różnica. Ludzie zwykle dlatego wierzą w to, że Bóg zna i postrzega wszystkie rzeczy, ponieważ wierzą w istnienie Boga; ja zaś bezpośrednio i w sposób konieczny wioskuję o istnieniu Boga, ponieważ wszystkie przedmioty zmysłowe muszą być postrzegane przez Niego.

– Ale skoro wszyscy wierzymy w tę samą rzecz, to cóż nas obchodzi, jak doszliśmy do tej wiary?

– Ale my nie zgadzamy się co do samej tezy. Filozofowie bowiem, jakkolwiek uznają, iż wszystkie cielesne przedmioty postrzegane są przez Boga, to jednak przypisują im istnienie absolutne, różne do tego, że są postrzegane przez jakikolwiek umysł – czego ja nie czynię. Poza tym, czyż nie ma różnicy między powiedzeniem: Jest Bóg, a zatem postrzega On wszystkie przedmioty, a powiedzeniem: Przedmioty zmysłowe istnieją realnie, skoro zaś istnieją realnie, muszą być z konieczności rzeczy postrzegane przez nieskończony umysł; a zatem istnieje umysł nieskończony.

Ten drugi wywód daje nam bezpośrednio i wprost na podstawie jak najbardziej oczywistego założenia dowód istnienia Boga. To, że z samego istnienia świata zmysłowego można w sposób konieczny wnioskować o istnieniu nieskończonego umysłu jest przywilejem tych tylko, którzy doszli do tej prostej refleksji, że:

1. świat jest tym, co postrzegamy za pomocą naszych zmysłów
2. za pomocą zmysłów postrzegamy tylko idee
3. żadna idea nie może istnieć inaczej jak w umyśle

A teraz bez wszelkiego pracowitego wgłębiania się w nauki, bez wszelkich subtelności rozumowych, bez nudnych i długich dyskusji możesz przystąpić do walki z najbardziej gorliwym obrońcą ateizmu i zwyciężyć go.

George Berkeley – Trzy dialogi między Hylasem i Filonusem. Dialog drugi

Zakazane

Filozofia jest życiem dobrowolnym wśród lodów i szczytów — poszukiwaniem wszystkiego, co obce i godne pytania w istnieniu, wszystkiego, co moralność dotąd pod klątwą dzierżyła. Z długiego doświadczenia, które mi dała taka wędrówka po zakazanym, nauczyłem się patrzeć inaczej, niżby sobie życzono, na przyczyny, z których moralizowano i idealizowano dotychczas: ukryte dzieje filozofów, psychologia ich wielkich imion wyszła mi na jaw.

Ile prawdy znosi, na ile prawdy waży się duch?

— to coraz bardziej stawało się dla mnie właściwym wartości miernikiem. Błąd (— wiara w ideał —) nie jest ślepotą, błąd jest tchórzostwem. Każda zdobycz, każdy krok naprzód w poznaniu wynika z odwagi, z twardości względem siebie, ze schludności względem siebie. Nie obalam ideałów, wkładam jeno rękawiczki przed nimi. Nitimur in vetitum: pod tym znakiem zwycięży moja filozofia, bo zakazywano dotąd zasadniczo zawsze tylko prawdy.

. . .

Nie jestże Zaratustra tedy kusicielem? Lecz cóż to on sam przecie mówi, gdy po raz pierwszy znów w samotność wraca swoją? Właśnie przeciwieństwo tego, co by jakiś »mędrzec«, »święty«, »zbawiciel świata « i inny décadent rzekł w takim wypadku:

Sam idę, uczniowie moi! I wy odejdźcie precz! Tak chcę!
Zła to odpłata nauczycielowi, gdy się zawsze jeno
uczniem pozostaje. Nie szukaliście jeszcze siebie,
więc znaleźliście mnie. Tak czynią wszyscy wyznawcy;
przeto tak mało warta wszelka wiara.

Fryderyk Nietzsche – Ecce Homo

Błąd

Zwykliśmy myśleć, że błąd powstaje, gdy myśl nasza nie może zgodzić się ze swym rzekomym przedmiotem. Ale oczywiście nie możemy umieścić się w położeniu zewnętrznego obserwatora, poza stosunkiem podmiot-przedmiot, w położeniu obserwatora, który może wiedzieć, czy myśl zgadza się, czy nie zgadza ze swym przedmiotem. Namysł nad tym faktem może prowadzić do sceptycyzmu.

Ale jest rzeczą jasną, że potrafimy rozpoznawać błąd. Nie tylko możemy wypowiadać błędne sądy, lecz możemy również wiedzieć, że je wypowiedzieliśmy. A dalszy namysł pokazuje, że prawda i fałsz mają znaczenie jedynie w odniesieniu do zupełnego systemu prawdy, który musi być uobecniony w absolutnej myśli.

Frederick Copleston – Idealizm w Ameryce. Filozofia Royce’a

Rozszczepienie bytu

Dziś chciałbym Państwu przedstawić pewną podstawową ideę filozoficzną, jedną z najtrudniejszych. Nie można jej pominąć, w niej bowiem ugruntowany jest sens myślenia prawdziwie filozoficznego. Idea ta musi być zrozumiała również w formie najprostszej, chociaż jej rozwinięcie okazuje się sprawą skomplikowaną. Spróbuję ją tutaj naszkicować.

Filozofia zaczęła się od pytania o to, co jest. Odpowiedzi na to pytanie bywały osobliwie rozbieżne. Głoszono, że pierwszym bytem jest życie, a istnienie nieożywione — jego odpadem; albo że jest tym bytem duch, zaś wszystkie rzeczy to przejawy, wyobrażenia ducha, który jakby śni świat. Powstał w ten sposób wielki ciąg światopoglądów. Argumenty wysuwane w ciągu tysiącleci przez zwalczające się nawzajem szkoły nie zdołały wykazać, który z tych punktów widzenia jest prawdziwy.

Dlaczego tak się dzieje? Wszystkim tym poglądom wspólne jest jedno: w ich ujęciu byt jest różnym ode mnie przedmiotem, ku któremu się zwracam, kiedy o nim myślę. Ten prafenomen naszego świadomego istnienia jest czymś tak oczywistym, że prawie nie odczuwamy jego zagadki, nigdy bowiem nie próbujemy go kwestionować.

To, co myślę, o czym mówię, jest zawsze czymś innym niż ja sam — jest przeciwstawnym mi przedmiotem, ku któremu ja, podmiot, się zwracam. Jeśli przedmiotem mojego myślenia uczynię samego siebie, ja sam staję się niejako czymś innym. Zarazem jednak jestem w dalszym ciągu moim ja, które myśli samo siebie, choć samo nie daje się ująć jako przedmiot w sposób adekwatny, gdyż warunkiem wszelkiego uprzedmiotowienia zawsze pozostaje podmiot.

Tę podstawową cechę naszego myślącego istnienia nazywamy rozszczepieniem na podmiot i przedmiot. Całe nasze świadome życie na jawie przebiega w takim rozszczepieniu. Na nic wszelkie uniki i wykręty — myśląc zawsze w nim tkwimy, zawsze zwracamy się ku jakiemuś przedmiotowi — czy to będzie realność naszych doznań zmysłowych, czy pomyślany przedmiot idealny, np. liczba albo figura, czy jakaś treść fantastyczna, czy zgoła wyobrażenie czegoś niemożliwego. Za każdym razem jakaś treść mojej świadomości przeciwstawia mi się jako przedmiot — zewnętrzny lub wewnętrzny.

Poruszając się wśród zjawisk tego świata uświadamiamy sobie, że sam byt nie mieści się ani w przedmiocie, który zawsze zawęża nasze pole widzenia, ani w ograniczonym horyzoncie naszego świata jako ogółu wszystkich zjawisk. Uprzytomnienie sobie tego w podstawowej operacji filozoficznej unieważnia wszelką rzekomą wiedzę o bycie i obala wszystkie metafizyki, o ile uznają one za sam byt coś istniejącego w świecie — choćby to coś było bardzo wielkie i bardzo istotne. Mylenie przedmiotu jako takiego z właściwym bytem to istota wszelkiego dogmatyzmu; jego szczególną postacią jest zabobon, który symbole w ich materialnej cielesności traktuje realnie.

Dopiero uświadamiając sobie rozszczepienie na podmiot i przedmiot jako podstawową cechę naszego myślącego istnienia, zyskujemy wolność filozofowania. Ta myśl odrywa nas od wszystkiego, co jest; zmusza do odwrotu ze ślepych zaułków skostnienia; dokonuje w nas gruntownej przemiany. Komuś, kto szukał oparcia w absolutnym charakterze rzeczy i w przedmiotowej epistemologii, utrata tych pozycji wydaje się równoznaczna z nihilizmem. Wszystko, co swoją określoność — a więc i skończoność — zawdzięcza językowi i przedmiotowości, traci wyłączne prawo do rzeczywistości i prawdy.

Filozofując musimy przejść przez ten nihilizm, który jest raczej uwolnieniem myśli dla właściwego bytu. Z odrodzenia naszej istoty w filozofowaniu wyrasta ograniczony sens i wartość wszelkich rzeczy skończonych — zarazem jednak wyłania się podstawa, umożliwiająca swobodne obcowanie z rzeczami. Tracimy grunt złudnych pewników, i zamiast upaść — wzlatujemy; to, co wydawało się przepaścią, staje się przestrzenią wolności; z przemienionej pozornej nicości przemawia do nas właściwy byt.

Karl Jaspers – Wprowadzenie do filozofii

Wiara w naukę

Dziewiczy stan waloru absolutnego, niezachwianie dowiedzionej pewności wszystkiego, co należy do matematyki, minął na zawsze; nastała era zagadnień spornych i doszło do tego, że większość ludzi różniczkuje i całkuje nie dlatego, że rozumie, co czyni, lecz dlatego, że wierzy, bo wyniki były dotąd zawsze trafne. Jeszcze gorzej ma się rzecz z astronomią i mechaniką, a w dziedzinie fizyki i chemii tkwimy w hipotezach jak pośród roju pszczół. I nie może być inaczej. W fizyce mamy do czynienia z ruchem cząsteczek, w chemii – z tworzeniem się cząsteczek z atomów, a jeżeli interferencja fal świetlnych nie jest bajką, nie mamy żadnych absolutnie widoków na oglądanie kiedykolwiek tych ciekawych rzeczy własnymi oczami. Ostateczne prawdy ostatniej instancji stają się tu z biegiem czasu osobliwie rzadkie.

Lecz oto mamy przed sobą jeszcze jednego co najmniej takiego proroka, który jak zwykle wpada w patos najwyższego oburzenia moralnego, gdy inni zaprzeczają, by jakąkolwiek jednostkę stać było na objawienie ostatecznej prawdy ostatniej instancji. Zaprzeczenie takie, ba, samo już powątpiewanie, to stan słabości, niesamowity zamęt, nicość, wyjaławiający sceptycyzm gorszy od czystego nihilizmu, skłębiony chaos… i tak dalej w podobnym stylu. Jak u wszystkich proroków, mamy tu do czynienia nie z krytycznym, naukowym badaniem i oceną, lecz z wybuchem potępienia moralnego.

Fryderyk Engels – Anty Dühring

Odbicie samego siebie

Krytyka religii jest już w zasadniczych zarysach ukończona; a przecież krytyka religii stanowi przesłankę wszelkiej krytyki. Człowiek, który w fantastycznej rzeczywistości nieba, gdzie szukał nadczłowieka, znalazł tylko odbicie samego siebie, nie zechce już zadawalać się znajdowaniem tylko pozoru siebie samego, tylko nieczłowieka, kiedy poszukuje i poszukiwać powinien prawdziwej swej rzeczywistości.

Religia jest to mianowicie samowiedza i poczucie samego siebie u człowieka, który bądź siebie jeszcze nie odnalazł, bądź już znów zagubił. Ale człowiek – to nie jest istota oderwana, istniejąca gdzieś poza światem. Człowiek – to świat człowieka, państwo, społeczeństwo. To państwo, to społeczeństwo stwarzają religię, odwróconą na opak świadomość świata, są one bowiem same odwróconym na opak światem. Religia jest urzeczywistnieniem istoty ludzkiej w fantazji, dlatego że istota ludzka nie posiada prawdziwej rzeczywistości.

Religia jest westchnieniem uciśnionego stworzenia, sercem nieczułego świata, jest duszą bezdusznych stosunków. Religia jest opium ludu. Prawdziwe szczęście ludu wymaga zniesienia religii jako urojonego szczęścia ludu. Wymagać od kogoś porzucenia złudzeń co do jego sytuacji to znaczy wymagać porzucenia sytuacji, która bez złudzeń obejść się nie może. Krytyka religii jest więc w zarodku krytyką tego padołu płaczu, gdyż religia jest nimbem świętości tego padołu płaczu.

. . .

Krytyka zniszczyła urojone kwiaty, upiększające kajdany, nie po to, by człowiek dźwigał kajdany bez ułud i bez pociechy, ale po to, by zrzucił kajdany i rwał kwiaty żywe. Krytyka religii uwalnia człowieka od złudzeń po to, by myślał, działał, kształtował własną rzeczywistość jako człowiek, który wyzbył się złudzeń i doszedł do rozumu; aby obracał się dokoła samego siebie, a więc dokoła swego rzeczywistego słońca. Religia jest jedynie urojonym słońcem, które dopóty obraca się dokoła człowieka, dopóki człowiek nie obraca się dokoła samego siebie.

Karol Marks – Przyczynek do krytyki heglowskiej filozofii prawa

Królestwo

Jeśli cokolwiek rozumiem z tego wielkiego symbolisty, to to, że tylko wewnętrzną rzeczywistość brał za rzeczywistość, za prawdę — że resztę, wszystko, co naturalne, czasowe, przestrzenne, historyczne, rozumiał tylko jako znak, jako sposobność do przenośni. Nie ma nic bardziej niechrześcijańskiego od kościelnych surowizn o Bogu jako o osobie, o królestwie bożym, które przyjdzie; o królestwie niebieskim za światem, o synu bo­żym, drugiej osobie Trójcy.

Królestwo niebieskie jest stanem serca — nie czymś, co przyjdzie ponad ziemią lub po śmierci. Kró­lestwo boże nie jest czymś, czego się oczekuje; nie ma ono żadnego wczoraj ni pojutrza, nie przyjdzie za tysiąc lat — jest ono doświadczeniem serca; istnieje wszędzie, nie istnieje nigdzie.

Fryderyk Nietzsche – Przemiany wszystkich wartosci

Sprzeczność wiary z miłością

Wiara jest przeciwieństwem miłości. Piekło wiara wynalazła, a nie miłość i nie rozum. Piekło jest dla miłości okropnością, dla rozumu bezsensem. Piekło osładza radości szczęśliwych wiernych.

Bóg jest miłością. Teza ta jest najwyższą tezą chrześcijaństwa. Ale w samym tym zdaniu zawarta już jest sprzeczność wiary i miłości. Miłość jest tylko orzecznikiem, Bóg — podmiotem. A czym jest ten podmiot w odróżnieniu od miłości? Tylko wtedy nie istniałaby konieczność takiego rozróżnienia, gdyby powiedziane było odwrotnie: miłość jest Bogiem, miłość jest istotą absolutną. Kiedy ujmuję Boga jako podmiot w odróżnieniu od orzecznika, miłość nie wypełnia całkowicie mojego ducha – pozostawiam wolne miejsce dla mojego braku miłości.

Miłość została w chrześcijaństwie splamiona przez wiarę; nie została ujęta jako wolna, jako prawdziwa. Miłość ograniczona przez wiarę jest miłością nieprawdziwą. Miłość nie zna innego prawa, tylko samą siebie; jest boską dzięki sobie samej, nie potrzebuje święceń wiary. Miłość skrępowana przez wiarę jest miłością ciasną, fałszywą, sprzeczną z pojęciem miłości, to znaczy z samą sobą. Jest miłością obłudną, ponieważ kryje w sobie nienawiść właściwą wierze. Jest dobrą tylko tak długo, jak długo wiara nie została naruszona. W tej sprzeczności z sobą samą, aby zachować pozór miłości, stacza się ona do najbardziej diabelskich sofizmatów, tak jak Augustyn w swej apologii prześladowań kacerzy. Miłość jest tu ograniczona przez wiarę, dlatego też nie uważa czynów wynikajacych z braku miłości, a dopuszczanych przez wiarę, za sprzeczne z sobą samą. Czyny nienawiści dokonywane w imię wiary tłumaczy ona jako czyny miłości.

Biblia potępia w imię wiary i ułaskawia w imię miłości. Zna ona jednak tylko miłość opartą na wierze, mamy więc do czynienia z miłością, która przeklina, z miłością niepewną, z miłością, która nie daje mi rękojmi, że nie okaże się brakiem miłości. Jeśli nie uznaję artykułów wiary, zostaję wyłączony z królestwa miłości, staję się przedmiotem przekleństwa, piekła, gniewu Boga, dla którego istnienie niewiernego jest utrapieniem, cierniem w oku.

Miłość chrześcijańska nie przezwyciężyła piekła, ponieważ nie przezwyciężyła wiary. Miłość jest sama w sobie niewierząca, wiara natomiast – pozbawiona miłości. Niewierząca jest miłość dlatego, ponieważ nie zna nic bardziej boskiego aniżeli ona sama, ponieważ wierzy tylko w samą siebie jako absolutną prawdę.

Miłość chrześcijańska jest miłością ograniczoną wskutek tego, że jest chrześcijańską, że nazywa się chrześcijańską. Albowiem w istocie miłości leży to, że jest powszechna. Dopóki miłość chrześcijańska nie zrezygnuje z chrześcijaństwa, nie uczyni miłości jako takiej najwyższym prawem, dopóty będzie to miłość, która obraża poczucie prawdy – miłość bowiem jest właśnie tym, co znosi różnicę między chrześcijaństwem i tak zwanym pogaństwem – będzie to miłość, która przez swoją odrębność popada w sprzeczność z istotą miłości, miłość anormalna, miłość bez miłości, która od dawna już zupełnie słusznie stała się przedmiotem kpin. Prawdziwa miłość sama sobie wystarcza; nie jest jej potrzebny żaden specjalny tytuł, żaden autorytet.

Ludwig Feuerbach – O istocie chrześcijaństwa

Wstęp

Istnieje pogląd, niejako naturalny, że w filozofii, zanim się przystąpi do rzeczy samej, mianowicie do rzeczywistego poznania tego, co jest naprawdę, należy najpierw porozumieć się w kwestii samego poznania, które uważane bywa za narzędzie, za pomocą którego można zawładnąć absolutem, bądź też za środek pozwalający nam ten absolut dojrzeć.

Troska o to musi jednak w końcu przemienić się w przekonanie, że całe to przedsięwzięcie, by za pośrednictwem poznania udostępnić świadomości to, co jest samo w sobie, jest sprzeczne w samym swym pojęciu i że poznanie i absolut są od siebie odcięte ostrą granicą. Jeśli bowiem poznanie jest narzędziem zawładnięcia absolutną istotą, to musimy pamiętać o tym, że zastosowanie narzędzia do jakiejś rzeczy nie pozostawia jej taką, jaka ona jest dla siebie, lecz formuje ją i zmienia.

Gdybyśmy zaś uważali, że poznanie nie jest narzędziem naszej działalności, lecz jakimś pasywnym medium, poprzez które dochodzi do nas światło prawdy – to i tak nie otrzymalibyśmy tej prawdy taką, jaką ona jest sama w sobe, lecz tylko taką, jaką ona jest dzięki owemu medium i w nim. W obydwu wypadkach posługujemy się środkiem, który bezpośrednio wywołuje coś takiego, co jest przeciwieństwem celu, do którego miał służyć.

. . .

Obawa przed prawdą może też chcieć ukryć się przed sobą i przed innymi, udając, że to właśnie żarliwa gorliwość dla prawdy utrudnia jakoby, a nawet uniemożliwia znalezienie jakiejś innej prawdy poza prawdą próżności, która zawsze uważa się za mądrzejszą od wszystkich myśli, jakie się samemu zdobyło lub otrzymało od innych.

Próżność ta, która potrafi każdą prawdę uznać za nieważną, żeby, wycofując się z niej, wrócić do siebie i karmić się tylko własnym rozsądkiem – tym rozsądkiem, który potrafi zawsze każdą myśl rozłożyć i zamiast bogactwa treści znajdować wszędzie tylko swoje zasuszone Ja – próżność ta jest tego rodzaju zaspokojeniem, które należy zostawić jego własnemu losowi. Odwraca się ona bowiem od tego, co ogólne, i szuka tylko bytu dla siebie.

Georg Wilhelm Friedrich Hegel – Fenomenologia Ducha

Męskim głosem

– Jak może być szczęśliwy człowiek, który jest niewolnikiem czyimkolwiek? Nigdy; tylko to jest piękne i sprawiedliwe z natury, co ja ci teraz otwarcie mówię, że człowiek, który ma żyć jak należy, powinien żądzom swoim puścić wodze, niechaj będą jak największe, i nie powściągać ich. A kiedy będą jak największe, wystarczą wtedy wiosła odwagi i rozsądku, żeby mieć pełno, po brzegi, wszystkiego, ku czemu się żądza kiedykolwiek ruszy.

Tylko tego, uważam, nie potrafią ci, których jest wielu. Dlatego ganią takie typy, bo im wstyd; pokrywają nieudolność własną i powiadają, no, naturalnie, że niepowściągliwość to brzydka rzecz; ujarzmiają typy co lepsze z natury i sami niezdolni zaspokoić głodu rozkoszy, chwalą niemęskim głosem rozumne panowanie nad sobą i sprawiedliwość.

Nie, Sokratesie; tak jest naprawdę, prawdę, której ty szukasz, jak mówisz. Bujne, szerokie życie, bez hamulca i bez pana nad sobą, byle było skąd, to jest dzielność, cnota i szczęście, a ta reszta, to świecidełka, to ludzkie konwenanse przeciwne naturze, to głupstwa, o których i mówić nie warto.

– Więc niesłusznie powiadają, że szczęśliwi są ci, którzy niczego nie potrzebują?

– A, to by kamienie na taki sposób i trupy były najszczęśliwsze.

Kalikles