Puenta

Gilgameszu! Na co ty się porywasz? Życia, co go szukasz, nigdy nie znajdziesz! Kiedy bogowie stwarzali człowieka, śmierć przeznaczyli człowiekowi, życie zachowali we własnym ręku. Ty, Gilgameszu, napełniaj żołądek, dniem i nocą obyś był wesół, codziennie sprawiaj sobie święto, dnie i noce spędzaj na grach i pląsach! Niech jasne będą twoje szaty, włosy czyste, obmywaj się wodą, patrz, jak dziecię twej ręki się trzyma, kobiecą sprawę czyń z chętną niewiastą: tylko takie są sprawy człowieka!

Epos o Gilgameszu

Smutek tropików

Ludzie stworzyli trzy wielkie religie, aby uwolnić się od prześladowania przez zmarłych, od złej mocy zaświatów i niepokoju magii. W odstępach mniej więcej połowy tysiąclecia stworzyli kolejno buddyzm, chrześcijaństwo i islam. Uderzające jest, że żaden z tych etapów nie stanowi postępu, lecz świadczy raczej o cofaniu się.

Nie ma zaświatów dla buddyzmu: wszystko sprowadza się do krytyki tak radykalnej, do jakiej ludzkość nie okazała się już odtąd zdolna; w rezultacie tej krytyki mędrzec dochodzi do zaprzeczenia sensu istot i rzeczy: jest to dyscyplina, która obala wszechświat i siebie samą jako religię.

Ustępując znowu wobec strachu, chrześcijaństwo przywraca zaświaty, ich nadzieję, groźby i sąd ostateczny. Islamowi pozostaje tylko związać ten świat z tamtym: oba światy, doczesny i duchowy, są złączone. Porządek społeczny stroi się w świetność porządku nadprzyrodzonego, polityka staje się teologią.

. . .

Czegóż innego nauczyłem się w istocie od profesorów, których słuchałem, filozofów, których czytałem, społeczeństw, które odwiedziłem, a nawet od wiedzy, którą Zachód tak się szczyci, jeśli nie okruchów nauki, odtwarzających po ich złożeniu rozmyślania Buddy u stóp drzewa:

Każdy wysiłek w celu zrozumienia niszczy przedmiot, do którego byliśmy przywiązani, na rzecz przedmiotu o innej naturze: ten ostatni wymaga od nas nowego wysiłku, który go obala na rzecz trzeciego, i tak dalej, dopóki nie dojdziemy do jedynej trwałej obecności, tej, w której zanika różnica między sensem i brakiem sensu, tej samej, z której wyszliśmy. Oto minęło dwa i pół tysiąca lat, od kiedy ludzie odkryli i sformułowali te prawdy. Odtąd nie znaleźliśmy niczego nowego, chyba – wypróbowując jedne po drugich wszystkie drzwi wyjściowe – tyleż dodatkowych dowodów tego wniosku, od którego pragnęlibyśmy uciec.

Claude Lévi-Strauss – Smutek tropików

Era ulotnej wiary

Era ulotnej wiary jest efektem oddziaływania rewolucji technotronicznej na dotychczasowe ideologie i światopoglądy. Myśli człowieka są silnie powiązane z tym, czego on doświadcza. Nie jest to relacja przygodna lecz wzajemnie na siebie oddziałująca: doświadczenie wpływa na myśl, a myśl warunkuje interpretację doświadczenia.

Współcześnie dominuje model skrajnie indywidualistycznych, nieustrukturyzowanych, zmiennych zapatrywań. Instytucjonalne wierzenia, jako połączenie idei i instytucji, dla wielu z nas nie są już ani potrzebne, ani ważne. Sceptycyzm, który tak bardzo przyczynił się do podważenia zinstytucjonalizowanej wiary, ściera się z nowym trendem, akcentującym entuzjazm i zaangażowanie.

Rezultatem tego są okresy chwilowych mód, zmiennych się przekonań, gdzie to namiętności dostarczają jednoczącego spoiwa zapewnianego dawniej przez instytucje, a wyblakłe, rewolucyjne hasła przeszłości dodają jedynie motywacji w obliczu zupełnie odmiennych perspektyw.

Zbigniew Brzeziński – Między dwoma wiekami.
Rola Ameryki w erze technotronicznej

Drogowskazy

Drogowskazy zdają się pokazywać różne drogi; sposób bycia, jaki jeden wzór doradza lub zachwala, drugi wzór gani lub wyśmiewa. Co by więc człowiek ponowoczesny nie uczynił, nigdy nie nabierze pewności, że uczynił to, co trzeba. Zawsze pozostanie osad goryczy – że się czegoś zaniedbało, że się szansy nie wykorzystało, że można było z okoliczności wykrzesać więcej. Żaden wybór nie przyniesie całkowitej satysfakcji: każdy czegoś dostarczy, ale i czegoś innego pozbawi. Jest więc człowiek ponowoczesny skazany na niepewność, dominujące poczucie zagubienia, wieczne z siebie niezadowolenie. Jeśli jego przodek, człowiek nowoczesny, pysznił się zwartością życia jakby z jednej bryły wyciosanego, człowiek ponowoczesny jest rozdarty; miota się wśród nie pasujących do siebie strzępków doznań, doświadczeń i przygód, z których na próżno stara się (jeśli nie stracił jeszcze nadziei i nie machnął ręką) zlepić sensowny obraz życia z „celem” i „kierunkiem”.

Zygmunt Bauman – Dwa szkice o moralności ponowoczesnej

Demoralizacja

Ulice były moje, świątynia była moja, ludzie byli moi. Niebo było moje, podobnie jak słońce, księżyc i gwiazdy, ja jeden na to patrzyłem i rozkoszowałem się tym. Nie dotyczyły mnie żadne zasady, podziały i granice, jednakże wszystkie zasady i granice były moje, moje były wszystkie skarby i ich właściciele. Zrozumiałem, że zostałem zdemoralizowany i nauczyłem się wszystkich podłych sztuczek tego świata, lecz teraz ich się oduczam i staję się, by tak rzec, na powrót małym dzieckiem, abym dostąpił królestwa Bożego.

Thomas Traherne – Wiek medytacji