Dwa wyjścia

Duch mój jest jakby czczą ramą, obejmującą zatarte obrazy; wydaje mi się on skrzynką do zjawisk, podmiotem bez określonej indywidualności. Fantasmagoria duszy kołysze mnie, niby joga pustelnika indyjskiego; wszystko staje się dla mnie dymem, parą, iluzją, nawet własne me życie.

Wszelka cywilizacja jest jakby snem, trwającym tysiąc lat, w którym niebo i ziemia, natura i historia ukazują się w świetle fantastycznym i przedstawiają dramat, wytworzony przez halucynacje duszy.

Sceptycyzm jest może najrozumniejszym stanowiskiem, ale, wyzwalając nas od błędu, zabija on życie. Dojrzałość umysłu polega, być może, na tym, ażeby dobrowolnie brać udział w przymusowej grze życia, zachowując pozory kogoś, co grę tę traktuje poważnie. Taka dobrowolna rezygnacja, uzupełniona przez lekki uśmiech ironii, zachowuje nam przynajmniej pozory swobody. Kto wpadł już w potrzask życia, powinien los swój znosić pogodnie; opór nie prowadzi do niczego, co najwyżej – do szaleństwa. Rezygnacja pełna pokory – czyli stanowisko religii – lub też pogodne rozczarowanie z pewną domieszką ironii – oto jedyne dwa wyjścia.

Henri Frédéric Amiel – Dziennik osobisty

Śūnyatā

Przede wszystkim buddyzm uznaje wszystkie przedmioty i zjawiska za puste czy inaczej – pozbawione duszy. Koncepcja ta doskonale odnosi się do materii w rozumieniu współczesnej nauki. Wszystkie obiekty materialne zbudowane są z mnóstwa subatomowych cząsteczek, które znajdują się w stanie nieustannych przemian. Mimo iż fizyka określa pewne naturane właściwości tych cząsteczek (masę czy ładunek), są one tak podstawowe i niedostępne naszej bezpośredniej percepcji, że najbardziej logiczne wydaje się postrzegać materię jako rzecz pozbawioną duszy. To sprawiło, że wielu ludzi rozwinęło głębokie poczucie kosmicznego wyobcowania i bezsensu. Tak też fizyk Steven Weinberg ubolewał, że:

Im bardziej wszechświat wydaje się zrozumiały,
tym bardziej wydaje się bezużyteczny.

Richard L. Thompson – Umysł w buddyzmie.
Maja. Świat jako rzeczywistość wirtualna

Ironia solipsyzmu

Nie posunąłbym się do twierdzenia, że mogłaby bądź powinna istnieć kultura, której publiczna retoryka byłaby ironiczna. Nie potrafię wyobrazić sobie kultury, króra uspołeczniałaby młodzież w taki sposób, by budzić w niej ciągłe wątpliwości co do samego procesu uspołecznienia. Ironia wydaje się czymś z istoty swej prywatnym. Zgodnie z moją definicją, ironistka nie może sobie poradzić bez przeciwstawienia słownika finalnego, który odziedziczyła, słownikowi, który usiłuje sama dla siebie tworzyć. Ironiści nie potrafią się obyć bez czegoś, w co by powiątpiewali, od czego byliby wyobcowani.

Richard Rorty – Przygodność, ironia i solidarność

Tłum

Czy to ty mnie wołasz?
Nie mogę cię zobaczyć.
Między nami stoi tłum,
Miazga powielonych twarzy.

Nie wchodź między nich,
Bo staniesz się tłumem.
Już cię nigdy nie rozpoznam,
Ty mnie nie zrozumiesz.

Po drugiej stronie lustra

– Nie mogę w to uwierzyć! – powiedziała Alicja.
– Nie możesz? – spytała z politowaniem Królowa. – No, spróbuj jeszcze raz! Zrób głęboki wdech i zamknij oczy.
Alicja roześmiała się. – Nie ma celu próbować – odrzekła – nikt nie może uwierzyć w rzeczy niemożliwe.
– Wydaje mi się, że niewiele masz wprawy – powiedziała Królowa. – Gdy byłam w twoim wieku, wprawiałam się co dnia przez pół godziny. Ach, czasem udawało mi się uwierzyć w sześć niemożliwych rzeczy już przed śniadaniem.

Lewis Carroll – O tym, co Alicja odkryła po drugiej stronie lustra